Narodziłem się ze spermy, krwi i nienawiści, niezłomnego
mężczyzny, a także z popiołów marzeń, szczątek porzuconych gwiazd i znamion
pięknej kobiety. Czy byłabyś w stanie pokochać człowieka-potwora? Czy
zrozumiałabyś zaklęte piękno bezdusznej bestii? W moim wnętrzu krąży czarna,
gęsta krew, śmierdząca zgnilizną. Zatruty nektar, którym nawadniam
niezawinionych ludzi…
Nieraz dojrzewa we mnie chore pragnienie poszukiwania
okruchów szczęścia przez misterne gobeliny pajęczyn, setki wspomnień,
splamionych krwią i roztrzaskanych na kawałki obietnic.
Nie, tym razem nie powstanę. Nie otrzepię się z kurzu, chcę
pozostać upadły. Po co aniołom skrzydła, jeśli nie ma własnego raju? Kiedy
jedno wydarzenie, jeden obraz, jedno słowo… zatrzaskuje im na zawsze ogromne, żelazne
wrota, a ich strąca się w bezdenną otchłań wspomnień, które rozrywają od środka…
Tam, za owymi wrotami zostałaś zatrzaśnięta Ty. Przybyłaś nocą, kiedy cały świat zdawał mi się walić na
wieczność. Karmiłaś słowami, przepełnionymi nadzieją, abym uwierzył, że wciąż
potrafię latać, abym znów odżył, abym nauczył się kochać…
Więc poczułem mocny powiew w moich czarnych, porozrywanych
skrzydłach, pewien, iż świat jest w moich rękach…
I roztrzaskałem się…
Cicho, niczym łzy, które usiłowały ugasić pożar wzniecony w
niewielkim drewnianym domku, gdzieś na północy.
Ostre kawałki szkła przecinają moją skórę, objęcia nocy są
klatką, powietrze staje się ciężkie i gęste. Utrzymuję się na cienkiej kładce,
między życiem, a śmiercią… Krew płynie poprzez wąwozy blizn.
Czy widziałaś kiedyś oczy zbyt zmęczone pożegnaniami, bez
możliwości powrotu? Spójrz, wciąż są w Ciebie wpatrzone. W moich źrenicach tli
się światło, przenikające z wnętrza gnijącej duszy. Wydrapuję paznokciami na
ścianie najpodlejszą melodię, w którą podstępnie wkrada się żal za tym, co
bezsprzecznie utracone. Daj mi rękę, przymknij powieki i dotnij mojego serca…
Smutek przybył, aby ciąć ostrą kosą kwitnące róże w naszym
ogrodzie, bezlitośnie odbierając mi nikłą smugę światła… Nadzieja plecie mi
wianek z ciemnych, poskręcanych cierni, podtrzymując tlący się oddech.
Rozpacz i szloch wzbiły się ponad śmiech i drwienie.
Żegnaj, nie ma już we mnie woli istnienie, kiedy gwiazdy,
które uwielbiam, upadają.
Myślę, że dotarłem do granicy, gdzie skrajności zderzają
się. Przywykłem, by nie tracić czujności, kiedyś przerażały mnie wibrujące,
bezwładne krzyki, teraz paraliżuje mnie cisza. Proszę, napełnił tę pustą
przestrzeń słowami!
Czy zboczyliśmy ze ścieżki, wprost w centrum huraganu? Wiem,
popełniliśmy błąd!
Nasza niewinność jest ofiarą przesądnych lęków pogardzanych
wyznawców oka w trójkącie.
Jest mi tak zimni i źle, wiesz? Dzisiejszej nocy nie ogarnie
mnie senność w Twoich słodkich ramionach. Czuły szept nie ogarnie mojego
pokaleczonego ciała. Pochowaliśmy marzenia w zaciśniętych pięściach, schowanych
do kieszeni.
Gapimy się na rozpieprzone zegary. Wskazówki już nie cofną
czasu.
Poranki zamieniają się w noce. Puste serca, puste budynki…
Przepraszam, że nie miałem możliwości na pożegnanie.
Dręczy mnie brak powodów, brak wyjaśnień dlaczego
postanowiłeś to zrobić właśnie w tamten dzień.
Bracie, byłeś taki wrażliwy i blady.
Kobieto, chciałbym móc Cię poczuć, o tu, w sercu. Pocałunek,
przypieczętowuje przysięgę, kiedy świt
nie przepędza jeszcze nocnych mrzonek.
Wycinam Twoje słodkie imię na skórze.
Pozornie beznamiętnym ciągiem słów okrywam Twoje nagie
ciało.
Sam, wśród nieprzyjaznych tchnień bezkresnego wszechświata.
Z życiem, co zabrało mi rodzinę.
Czeka mnie następna noc, podczas której nie zasnę, uwikłany
obecnością mroku i zła, które znalazło we mnie schronienie. Ciemna kurtyna
odgradzająca od świata i ja, opadający z sił, nie mogąc jej zwalczyć. Skrajne i
osobliwe odłamy mojej osobowości rysują nieskazitelną szybę Twojej wyobraźni.
Drobne kropelki potu układają się w hymn tęsknoty, pociągając za struny,
grające nocne rozkosze.
Na biurku stoi szklanka wody, podnoszę ją. Większość znanych
mi osób przypomina szklankę. Ty jesteś oceanem.
Wciąż nie porzucasz nadziei, że moje skrzydła się wzrosną,
ale ja przemieniłem się we wszystko, czym pogardzam i czego nienawidzę. Wybija
północ, stoi naga nade mną, czule szepcząc zaklęcia. Udaję, że śpię. Moje serce
niespokojnie tłucze się w piersi, czyżbym otworzył Ci wrota piekieł?
Przemierzam wąskie aleje, usiane krzyżami. Staję przed
jednym z nich, jak zahipnotyzowany wpatrując się we własne nazwisko, pochylam
głowę w pokorze , wyznając przewinienia w stronę czarnej, nieprzeniknionej ziemi.
Niech Ci ziemia lekką będzie. Zasługujesz na to.
Wracam do pustego domu i chciałbym zasnąć. Nie mogę. Chyba
nawet nie chcę. A już zwłaszcza nie z myślami, które pałętają się po moim
przeklętym umyśle. Zatrutym i skrzywdzonym przez moje wizje. Proszę, nie mów…
…że zabierzesz cząstkę mnie,
…że zapomnimy,
…że odejdziesz.
Proszę, opiekuj się moim sercem, zostawiam je Tobie.
Nie pomyślałbym, że nie pozwolisz mi odejść. Nadal nie
pozwalasz. Mówisz, że nie chcesz i nie wyobrażasz sobie, abym mógł Cię zostawić…
Czyżbyś zamierzała zamknąć mnie w marzeniu?
Nienawiść także potrafi obejmować.
Wlewać się przez wszystkie otwory do umysłu,
Lecz nic nie jest tak silne, jak Ty.
Twój dotyk jest osobliwy-
Bardzo nierzeczywistym, delikatny, przepełniony czułością.
Przechowuję Cię…
Przechowuję Cię w ruinach mojego nienawistnego serca.
Tam, gdzie nie dociera najlżejsze nawet światło.
Wiem, że straciłaś coś, za czym bardzo tęsknisz. Ale Ty
szłaś tam, gdzie na końcu była nadzieję. Ja zmierzałem w stronę nieuchronnego
końca, póki nie złapałaś mnie za rękę. Pamiętasz to…? Nie możesz odejść i
zostawić mnie właśnie teraz, kiedy najmocniej Cię potrzebuję. Czy jeden błędny
osąd jest w stanie zamienić się w nieodwracalny błąd?
Pragnę Twojego uśmiechu.
Ciebie.
Nas.
Z powrotem, od początku.
Aż staniemy się nieskończonością.
Nie zabijaj-
Powiedział kiedyś wyimaginowany idol tłumów.
Jednak wiem, że Tobie przebaczy choćby i grzech najcięższy.