sobota, 4 października 2014

Przez gówno w stronę szczęścia

Narodziłem się ze spermy, krwi i nienawiści, niezłomnego mężczyzny, a także z popiołów marzeń, szczątek porzuconych gwiazd i znamion pięknej kobiety. Czy byłabyś w stanie pokochać człowieka-potwora? Czy zrozumiałabyś zaklęte piękno bezdusznej bestii? W moim wnętrzu krąży czarna, gęsta krew, śmierdząca zgnilizną. Zatruty nektar, którym nawadniam niezawinionych ludzi…
Nieraz dojrzewa we mnie chore pragnienie poszukiwania okruchów szczęścia przez misterne gobeliny pajęczyn, setki wspomnień, splamionych krwią i roztrzaskanych na kawałki obietnic.
Nie, tym razem nie powstanę. Nie otrzepię się z kurzu, chcę pozostać upadły. Po co aniołom skrzydła, jeśli nie ma własnego raju? Kiedy jedno wydarzenie, jeden obraz, jedno słowo… zatrzaskuje im na zawsze ogromne, żelazne wrota, a ich strąca się w bezdenną otchłań wspomnień, które rozrywają od środka… Tam, za owymi wrotami zostałaś zatrzaśnięta Ty. Przybyłaś nocą,  kiedy cały świat zdawał mi się walić na wieczność. Karmiłaś słowami, przepełnionymi nadzieją, abym uwierzył, że wciąż potrafię latać, abym znów odżył, abym nauczył się kochać…
Więc poczułem mocny powiew w moich czarnych, porozrywanych skrzydłach, pewien, iż świat jest w moich rękach…
I roztrzaskałem się…
Cicho, niczym łzy, które usiłowały ugasić pożar wzniecony w niewielkim drewnianym domku, gdzieś na północy.
Ostre kawałki szkła przecinają moją skórę, objęcia nocy są klatką, powietrze staje się ciężkie i gęste. Utrzymuję się na cienkiej kładce, między życiem, a śmiercią… Krew płynie poprzez wąwozy blizn.
Czy widziałaś kiedyś oczy zbyt zmęczone pożegnaniami, bez możliwości powrotu? Spójrz, wciąż są w Ciebie wpatrzone. W moich źrenicach tli się światło, przenikające z wnętrza gnijącej duszy. Wydrapuję paznokciami na ścianie najpodlejszą melodię, w którą podstępnie wkrada się żal za tym, co bezsprzecznie utracone. Daj mi rękę, przymknij powieki i dotnij mojego serca…
Smutek przybył, aby ciąć ostrą kosą kwitnące róże w naszym ogrodzie, bezlitośnie odbierając mi nikłą smugę światła… Nadzieja plecie mi wianek z ciemnych, poskręcanych cierni, podtrzymując tlący się oddech.
Rozpacz i szloch wzbiły się ponad śmiech i drwienie.
Żegnaj, nie ma już we mnie woli istnienie, kiedy gwiazdy, które uwielbiam, upadają.
Myślę, że dotarłem do granicy, gdzie skrajności zderzają się. Przywykłem, by nie tracić czujności, kiedyś przerażały mnie wibrujące, bezwładne krzyki, teraz paraliżuje mnie cisza. Proszę, napełnił tę pustą przestrzeń słowami!
Czy zboczyliśmy ze ścieżki, wprost w centrum huraganu? Wiem, popełniliśmy błąd!
Nasza niewinność jest ofiarą przesądnych lęków pogardzanych wyznawców oka w trójkącie.
Jest mi tak zimni i źle, wiesz? Dzisiejszej nocy nie ogarnie mnie senność w Twoich słodkich ramionach. Czuły szept nie ogarnie mojego pokaleczonego ciała. Pochowaliśmy marzenia w zaciśniętych pięściach, schowanych do kieszeni.
Gapimy się na rozpieprzone zegary. Wskazówki już nie cofną czasu.
Poranki zamieniają się w noce. Puste serca, puste budynki…
Przepraszam, że nie miałem możliwości na pożegnanie.
Dręczy mnie brak powodów, brak wyjaśnień dlaczego postanowiłeś to zrobić właśnie w tamten dzień.
Bracie, byłeś taki wrażliwy i blady.
Kobieto, chciałbym móc Cię poczuć, o tu, w sercu. Pocałunek, przypieczętowuje  przysięgę, kiedy świt nie przepędza jeszcze nocnych mrzonek.
Wycinam Twoje słodkie imię na skórze.
Pozornie beznamiętnym ciągiem słów okrywam Twoje nagie ciało.
Sam, wśród nieprzyjaznych tchnień bezkresnego wszechświata.
Z życiem, co zabrało mi rodzinę.
Czeka mnie następna noc, podczas której nie zasnę, uwikłany obecnością mroku i zła, które znalazło we mnie schronienie. Ciemna kurtyna odgradzająca od świata i ja, opadający z sił, nie mogąc jej zwalczyć. Skrajne i osobliwe odłamy mojej osobowości rysują nieskazitelną szybę Twojej wyobraźni. Drobne kropelki potu układają się w hymn tęsknoty, pociągając za struny, grające nocne rozkosze.
Na biurku stoi szklanka wody, podnoszę ją. Większość znanych mi osób przypomina szklankę. Ty jesteś oceanem.
Wciąż nie porzucasz nadziei, że moje skrzydła się wzrosną, ale ja przemieniłem się we wszystko, czym pogardzam i czego nienawidzę. Wybija północ, stoi naga nade mną, czule szepcząc zaklęcia. Udaję, że śpię. Moje serce niespokojnie tłucze się w piersi, czyżbym otworzył Ci wrota piekieł?
Przemierzam wąskie aleje, usiane krzyżami. Staję przed jednym z nich, jak zahipnotyzowany wpatrując się we własne nazwisko, pochylam głowę w pokorze , wyznając przewinienia w stronę czarnej, nieprzeniknionej ziemi. Niech Ci ziemia lekką będzie. Zasługujesz na to.
Wracam do pustego domu i chciałbym zasnąć. Nie mogę. Chyba nawet nie chcę. A już zwłaszcza nie z myślami, które pałętają się po moim przeklętym umyśle. Zatrutym i skrzywdzonym przez moje wizje. Proszę, nie mów…
…że zabierzesz cząstkę mnie,
…że zapomnimy,
…że odejdziesz.
Proszę, opiekuj się moim sercem, zostawiam je Tobie.
Nie pomyślałbym, że nie pozwolisz mi odejść. Nadal nie pozwalasz. Mówisz, że nie chcesz i nie wyobrażasz sobie, abym mógł Cię zostawić… Czyżbyś zamierzała zamknąć mnie w marzeniu?
Nienawiść także potrafi obejmować.
Wlewać się przez wszystkie otwory do umysłu,
Lecz nic nie jest tak silne, jak Ty.
Twój dotyk jest osobliwy-
Bardzo nierzeczywistym, delikatny, przepełniony czułością.
Przechowuję Cię…
Przechowuję Cię w ruinach mojego nienawistnego serca.
Tam, gdzie nie dociera najlżejsze nawet światło.
Wiem, że straciłaś coś, za czym bardzo tęsknisz. Ale Ty szłaś tam, gdzie na końcu była nadzieję. Ja zmierzałem w stronę nieuchronnego końca, póki nie złapałaś mnie za rękę. Pamiętasz to…? Nie możesz odejść i zostawić mnie właśnie teraz, kiedy najmocniej Cię potrzebuję. Czy jeden błędny osąd jest w stanie zamienić się w nieodwracalny błąd?
Pragnę Twojego uśmiechu.
Ciebie.
Nas.
Z powrotem, od początku.
Aż staniemy się nieskończonością.
Nie zabijaj-
Powiedział kiedyś wyimaginowany idol tłumów.

Jednak wiem, że Tobie przebaczy choćby i grzech najcięższy.