środa, 8 października 2014

Wzgardzony przez pakt

Nagle zostałem sam, obdarty z wszelakich złudnych nadziei. Bezkresny mrok zabierał resztki żaru mojej konającej duszy. Żyłem w ponurej różnorodności środków odurzających, pełen wątpliwości, czy wybory, jakich dokonałem były słuszne. Czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Przez cale życie towarzyszyło mi rozdarcie. Jak włóczęga znikąd, wiecznie bezdomny.
Dom… Nawe Szatan przyszedł na świat w piekle, wypluty z łona matki, jako zaraza, namaszczony krwią, jak i najsłodszym z przekleństw. Zamiast grzechotki wciśnięto mu do maleńkiej rączki ziarenko Zła, aby pogarda wobec słabości ludzkiej wzrastała razem ze wzrostem pnącza, zwanego człowieczeństwem.
-Ten chłopczyk miał być martwy- wyszeptała Śmierć, przechadzająca się nocą, wokół mojej kołyski.
Zostałem powołany do życia, aby czuć się pominiętym, nieistotnym, wzgardzonym. Potwór, skurwysyn, śmieć, degenerat. Miałem tak wiele imion, jednak nikt nie nazwał mnie człowiekiem. Nigdy…
Zazwyczaj Zło ogarnia swoje ofiary stopniowo, zabierając im cząstki tego, co ludzkie. Ze mnie wyrwano wszelkie atuty w jednym momencie, jak zrzucona z twarzy maska, mająca pokazać moją prawdziwą, ciemną stronę. Przemierzałem najobrzydliwsze i najbardziej odczłowieczone ścieżki, usłane ćpunami, wijącymi się po ziemi w agonalnych konwulsjach, płaczącymi o życie, które zaprzepaścili. Leżący we własnym pocie, wymiotach i gównie, bełkoczącymi do siebie, bądź do duchów przeszłości, które nawiedzały ich, nakręcając spiralę nienawiści, narkotyków i śmierci. Krzyczeli, oni tak kurewsko błagali o śmierć, aby nigdy więcej nie musieć wracać na opuszczone dworce, usiane strzykawkami, dziwkami i całym marginesem społeczeństwa, zebranym w jednym, niewielkim miejscu. Lecz śmierć najczęściej była nieosiągalna, muskała ich na wpół martwe twarze, ciała, usiane coraz nowymi nakłuciami, zbierała amputowane kończyny i wbijała w nie strzykawki pełne czyściutkiej heroiny. Wtedy na dobre rozstałem się z jakąkolwiek niewinnością, już nigdy więcej nie pocałowała moich pozszywanych blizn. Oddałem się w ręce Pogardy, która rozchyliła przede mną nogi, a ja padłem na kolana i zagłębiłem się językiem we wszystkie sekrety, jakie skrywała za gnijącymi płatami skóry…
Wraz z przyjściem na świat podarowano mi kostium, bladą skórę i kruche kości, które jęczały, prosząc mnie o zwolnienie tempa, lecz mój umysł nie był w stanie dostrzec bestialskich  czynności, dokonywanych na sobie samym, jakby cała destrukcja przechodziła niezauważana. Więziłem w sobie największe koszmary. Ukrywałem je skrzętnie przed całym światem, maskując własną tożsamość i okrucieństwo, jakim potrafiłem wybuchnąć bez wyraźnego powodu. Czy mogę oskarżać o to Zło, które przygarnęło mnie, niczym najczulsza matka przytula swoje marnotrawne dziecko? Krzywda i cierpienie zadawane sobie i wszystkim wokół były jedynymi narzędziami, jakie znałem. Ozdabiałem świat własnym cierpieniem. Tworzyłem w głowie rozmowy, do jakich nigdy nie doszło.
- Spierdalaj. Nigdy nie będę skamlał o litość, padając przed tobą na kolana, nie pocałuję twoich stóp, ani nie otrę łez. To ty masz ukorzyć się przede mną, błagając o miłosierdzie. Płacz, bracie, płacz, dotąd, aż Twoje krwawe łzy nie napełnią koryta rzeki. Zapamiętaj, piekło przywita cię kurewską pokutą za to, czego się dopuściłeś. Będziesz cierpieć za próbę skrzywdzenia jedynego brata, jakiego kiedykolwiek miałem. Nie obawiam się konsekwencji, ponieważ jesteś ścierwem, znacznie większym, niż ja. Żegnaj, braciszku.
Wracam do przeszłości, jest idealnie czarna. Za mną jest spalone życie, martwe i zimne, jak ja sam. Nie martw się, to tylko owoc niedoskonałego raju. Oddech, przerwany wąwozami blizn i świeżych ran, osuszających moje żyły z gęstej, czarnej krwi. Nocą przenikam do tamtych czasów, analizując każdą sekundę mojego dzieciństwa i jego koniec, kiedy zobaczyłem nieżyjącego już Svena, ze strzykawką wystającą z sinego przedramienia, a także jego szklane, nieprzytomne oczy, oraz wychudzoną, delikatną sylwetkę, snującą się po domu. Chciałem zbudować jego świat od początku, nie potrafiąc ocalić go przed nim samym, nie potrafiąc wyrwać go ze szponów destrukcji, nie potrafiąc zapobiec jego, jakże oczywistej, śmierci. Przepraszam bracie, naprawdę Cię kochałem i kocham do teraz, chociaż coraz trudniej mi z tym egzystować. Czy kiedyś będę potrafił spojrzeć za siebie bez żalu, wyrzutów sumienia i obaw? Jestem jednym z tych, co wybrali wieczną tułaczkę.
Kobieto, widzę Twoją bladą, mistyczną postać, wiem, jak bardzo boisz się umierania.
-Nie obawiaj się mnie, Kochanie, nie odbiorę Ci tego gówna, które nazywasz życiem.
Żadna z modlitw do mnie nie dociera, światło nie dotyka poznaczonych bliznami ramion, chłonę słodki zapach Twojej skóry, rozpaczliwie chcąc wierzyć, że istnieje dla nas nadzieja.
Liczę Twojej kroki.
Liczę Twoje uderzenia serca.
Liczę Twoje uśmiechy, kierowane w moja stronę.
Liczę minuty, w których jesteśmy ciasno splecieni.
Z martwym wzrokiem, wbitym beznamiętnie w wszechobecną ciemność i wieczystym milczeniem usiłuję zabić własne myśli, podsuwające mi obrazy naszej klęski. Szatan wyciąga po mnie gnijące ręce, pokryte ukłuciami od igieł, z jego żył płynie czysta heroina. Nożem przecina moją tętnice i leje do niej hektolitry narkotyku. Szarpię się, wyrywam, chcę żyć. Budzę się z krzykiem, czując Twoje ciepło, kiedy mnie przytulasz i głaszczesz po włosach, szepcząc, abym się nie bał, ponieważ Ty będziesz ze mną zawsze. Całuję Cię w czoło, powtarzając chaotycznie treść koszmaru, z desperackimi wyznaniami tego, jak bardzo Cię kocham i potrzebuję.

Kurwa, spójrz, próbowałem.
Chciałem znaleźć anioła gdzieś w środku.
Przyrzekałeś mi, że go spotkam.

Tymczasem ja odnoszę kolejną porażkę.