Nagle zostałem sam, obdarty z wszelakich złudnych nadziei. Bezkresny
mrok zabierał resztki żaru mojej konającej duszy. Żyłem w ponurej różnorodności
środków odurzających, pełen wątpliwości, czy wybory, jakich dokonałem były
słuszne. Czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Przez cale życie towarzyszyło mi
rozdarcie. Jak włóczęga znikąd, wiecznie bezdomny.
Dom… Nawe Szatan przyszedł na świat w piekle, wypluty z łona
matki, jako zaraza, namaszczony krwią, jak i najsłodszym z przekleństw. Zamiast
grzechotki wciśnięto mu do maleńkiej rączki ziarenko Zła, aby pogarda wobec
słabości ludzkiej wzrastała razem ze wzrostem pnącza, zwanego człowieczeństwem.
-Ten chłopczyk miał być martwy- wyszeptała Śmierć,
przechadzająca się nocą, wokół mojej kołyski.
Zostałem powołany do życia, aby czuć się pominiętym,
nieistotnym, wzgardzonym. Potwór, skurwysyn, śmieć, degenerat. Miałem tak wiele
imion, jednak nikt nie nazwał mnie człowiekiem. Nigdy…
Zazwyczaj Zło ogarnia swoje ofiary stopniowo, zabierając im
cząstki tego, co ludzkie. Ze mnie wyrwano wszelkie atuty w jednym momencie, jak
zrzucona z twarzy maska, mająca pokazać moją prawdziwą, ciemną stronę.
Przemierzałem najobrzydliwsze i najbardziej odczłowieczone ścieżki, usłane
ćpunami, wijącymi się po ziemi w agonalnych konwulsjach, płaczącymi o życie,
które zaprzepaścili. Leżący we własnym pocie, wymiotach i gównie, bełkoczącymi
do siebie, bądź do duchów przeszłości, które nawiedzały ich, nakręcając spiralę
nienawiści, narkotyków i śmierci. Krzyczeli, oni tak kurewsko błagali o śmierć,
aby nigdy więcej nie musieć wracać na opuszczone dworce, usiane strzykawkami,
dziwkami i całym marginesem społeczeństwa, zebranym w jednym, niewielkim
miejscu. Lecz śmierć najczęściej była nieosiągalna, muskała ich na wpół martwe twarze,
ciała, usiane coraz nowymi nakłuciami, zbierała amputowane kończyny i wbijała w
nie strzykawki pełne czyściutkiej heroiny. Wtedy na dobre rozstałem się z
jakąkolwiek niewinnością, już nigdy więcej nie pocałowała moich pozszywanych
blizn. Oddałem się w ręce Pogardy, która rozchyliła przede mną nogi, a ja
padłem na kolana i zagłębiłem się językiem we wszystkie sekrety, jakie skrywała
za gnijącymi płatami skóry…
Wraz z przyjściem na świat podarowano mi kostium, bladą
skórę i kruche kości, które jęczały, prosząc mnie o zwolnienie tempa, lecz mój umysł
nie był w stanie dostrzec bestialskich czynności,
dokonywanych na sobie samym, jakby cała destrukcja przechodziła niezauważana.
Więziłem w sobie największe koszmary. Ukrywałem je skrzętnie przed całym
światem, maskując własną tożsamość i okrucieństwo, jakim potrafiłem wybuchnąć
bez wyraźnego powodu. Czy mogę oskarżać o to Zło, które przygarnęło mnie,
niczym najczulsza matka przytula swoje marnotrawne dziecko? Krzywda i
cierpienie zadawane sobie i wszystkim wokół były jedynymi narzędziami, jakie znałem.
Ozdabiałem świat własnym cierpieniem. Tworzyłem w głowie rozmowy, do jakich
nigdy nie doszło.
- Spierdalaj. Nigdy nie będę skamlał o litość, padając przed
tobą na kolana, nie pocałuję twoich stóp, ani nie otrę łez. To ty masz ukorzyć
się przede mną, błagając o miłosierdzie. Płacz, bracie, płacz, dotąd, aż Twoje
krwawe łzy nie napełnią koryta rzeki. Zapamiętaj, piekło przywita cię kurewską
pokutą za to, czego się dopuściłeś. Będziesz cierpieć za próbę skrzywdzenia
jedynego brata, jakiego kiedykolwiek miałem. Nie obawiam się konsekwencji,
ponieważ jesteś ścierwem, znacznie większym, niż ja. Żegnaj, braciszku.
Wracam do przeszłości, jest idealnie czarna. Za mną jest
spalone życie, martwe i zimne, jak ja sam. Nie martw się, to tylko owoc
niedoskonałego raju. Oddech, przerwany wąwozami blizn i świeżych ran,
osuszających moje żyły z gęstej, czarnej krwi. Nocą przenikam do tamtych
czasów, analizując każdą sekundę mojego dzieciństwa i jego koniec, kiedy
zobaczyłem nieżyjącego już Svena, ze strzykawką wystającą z sinego
przedramienia, a także jego szklane, nieprzytomne oczy, oraz wychudzoną,
delikatną sylwetkę, snującą się po domu. Chciałem zbudować jego świat od
początku, nie potrafiąc ocalić go przed nim samym, nie potrafiąc wyrwać go ze
szponów destrukcji, nie potrafiąc zapobiec jego, jakże oczywistej, śmierci.
Przepraszam bracie, naprawdę Cię kochałem i kocham do teraz, chociaż coraz
trudniej mi z tym egzystować. Czy kiedyś będę potrafił spojrzeć za siebie bez
żalu, wyrzutów sumienia i obaw? Jestem jednym z tych, co wybrali wieczną
tułaczkę.
Kobieto, widzę Twoją bladą, mistyczną postać, wiem, jak bardzo
boisz się umierania.
-Nie obawiaj się mnie, Kochanie, nie odbiorę Ci tego gówna,
które nazywasz życiem.
Żadna z modlitw do mnie nie dociera, światło nie dotyka
poznaczonych bliznami ramion, chłonę słodki zapach Twojej skóry, rozpaczliwie
chcąc wierzyć, że istnieje dla nas nadzieja.
Liczę Twojej kroki.
Liczę Twoje uderzenia serca.
Liczę Twoje uśmiechy, kierowane w moja stronę.
Liczę minuty, w których jesteśmy ciasno splecieni.
Z martwym wzrokiem, wbitym beznamiętnie w wszechobecną
ciemność i wieczystym milczeniem usiłuję zabić własne myśli, podsuwające mi
obrazy naszej klęski. Szatan wyciąga po mnie gnijące ręce, pokryte ukłuciami od
igieł, z jego żył płynie czysta heroina. Nożem przecina moją tętnice i leje do
niej hektolitry narkotyku. Szarpię się, wyrywam, chcę żyć. Budzę się z
krzykiem, czując Twoje ciepło, kiedy mnie przytulasz i głaszczesz po włosach,
szepcząc, abym się nie bał, ponieważ Ty będziesz ze mną zawsze. Całuję Cię w
czoło, powtarzając chaotycznie treść koszmaru, z desperackimi wyznaniami tego,
jak bardzo Cię kocham i potrzebuję.
Kurwa, spójrz, próbowałem.
Chciałem znaleźć anioła gdzieś w środku.
Przyrzekałeś mi, że go spotkam.
Tymczasem ja odnoszę kolejną porażkę.