niedziela, 14 grudnia 2014

wybacz

wybacz mi
niezdecydowanie,
bo przecież byłem
i jestem
niezmiennie
ten sam


w ciemnościach wolę
spowiadać się z bezsenności
i mam wtedy sine palce
u drżących dłoni

niespotykany przedtem

wybacz mi,
bo ja nie umiem
wybaczyć sobie


e m o c j i

środa, 10 grudnia 2014

przedawkowałem ciemność

przecież wiesz, jak to jest,
pochłaniać ostatnie tchnienie nocy
przez zbyt rozszerzone źrenice

i w łajdackim układzie ze światem
wciąż być tylko zatrzaśniętym
w obcej dłoni

nie rozłączać się i nie łamać
z nikim na nierówne
połówki,
odgarniając wątłe sny
od listów, wypisanych z obietnic

cieniem się pokładać na skraju łóżka,
a nie być...


. . . c i e m n o ś c i ą

piątek, 5 grudnia 2014

zróbmy krok ku krawędzi, by uwierzyć w absurd naszych myśli

proszę
nadejdź i uratuj mnie pokaleczonego
o łkające róże
w ogrodzie przeszłości
ponieważ już tylko nadzieja wyplata mi wianki z ich poskręcanych cierni,
przetrzymując w niewoli mój gasnący Tobą oddech
od życia, jak sama widzisz, dostałem tylko to przebranie,
maskę potłuczoną, ciało blade i kości kruche
co noc prześladują mnie głosy, skamlące o odkupienie demonów,
wciśniętych pomiędzy zatrzaśniętą w nas obojętność
nie odgradzam się od źrenic wykończonych bezsennością
w których bezwolnie majaczy zabłąkana w myślach przeszłość
a ja wolę milczeniem handlować za złoto i srebro
by bez długów pozostać
ze światem
usypiam już tylko samotną uliczką rozkradzioną z mdłych cieni,
co włóczą się z rozpaczą w sercu i w poszukiwaniu zemsty
zaś na krawędziach moich dłoni gasną wyrzucone sercem iskry
szeptem
w niedopowiedzianych słowach pomiędzy urywanymi oddechami
błagam o bliskość
naszych splecionych ze sobą lini papilarnych
w mroźną ponurą noc wypluty z łona matki
rzygam bezpłodnością słów
i skrywam się w cieniu zakrywając plugawą twarz zniszczoną maską
bo cóż zrobić kiedy wszystko co ludzkie pozostaje we mnie nieodkryte?

środa, 3 grudnia 2014

raz dwa trzydzieści dwa

ja nie
umarłem-
nie rzuciłem
się z okna
nie powiesiłem
się
na wiekowym dębie


ja nie
strzeliłem sobie-
złotego strzału
w lewą rękę


próbowałem-
i ciągle próbuję
dźwignąć się
z tej
samotności
przeklętej


choć
tak trwam
w tym brudzie
w tej nędzy
w tym chaosie


oczy mi płoną-
narkomańską gorączką,
czy nadzieją
jutra?

lecz wiem,
że szczęście
zdradza szczęście.


i spalam życie
w przeklętej pustce
pustej strzykawki


pytam,
czy nie lepiej umrzeć
z ludźmi
w jednym bólu,


niż żyć
pośród ludzi
jako zbędny wyrzut sumienia?

gdybym wiedział

gdybym wiedział, że świat, który mi kredką rysujesz, rozmyje się przy pierwszym deszczu słonych kropel
to nie oprawiałbym go w ramki i nie wieszał na ścianie mojego życia

gdybym wiedział, że dzień, który wstaje powoli, nie jest już dniem naszym
to nie wstawałbym nigdy

gdybym wiedział, że moją miłością sprawiam Ci rozpacz, pośród rozkoszy
to nie kochałbym Cię ni minuty

gdybym wiedział cokolwiek więcej
to mógłbym się nazwać mędrcem pośród głupców

teraz już wiem i rozważam, czy głupiec tkwi we mnie, czy ja tkwię w głupcu
...

sobota, 29 listopada 2014

po wykrzyczanych słowach pozostaje miejsce wyłącznie na nienawistną ciszę

Chciałem sobie tej nocy pozwolić na nieco bardziej rozkoszny niebyt, pośród mdłych świateł, rzucanych przez latarnie miasta, które nigdy nie jest ospałe. Przecież nawet nie musiałbym rozmieniać banknotów na drobne. Narkotyki to jedyna próżność, za jaką ostatnimi czasy płacę. Odkąd nie pamiętam pociągów, z coraz większą niechęcią wsiadam do samochodu, a z już z obrzydzeniem przemieszczam się autobusem. Takie nieskończone snucie się pomiędzy przytulnym mieszkaniem, a obskurnym dworcem, gdzie los  czyni ze mnie czarną marność wszelkich dziur, które w ogóle nie kwapią się, aby jakkolwiek zwrócić pochłonięty nadmiar materii. Wchodzę do zrujnowanego kibla na opuszczonym dworcu i uderza we mnie odór walających się tu ćpunów. Jest tak intensywny, że nie mogę przestać kaszleć. Przymykam więc zmęczone powieki i zapuszczam się w ten narkotyczny  koszmar. Osuwam się pod oblepioną brudem ścianą i łapię pogardliwe spojrzenia innych ćpunów, których niegdyś być może znałem. To nieważne. Zniosę wszystko, byle tylko nie robić tego przy Tobie. Spojrzenia, jakie wtedy mi posyłasz są zbyt wyraziste, abym je zignorował. Patrzysz na mnie wtedy z takim smutkiem, wręcz rozpaczą, ponieważ wiesz, że to śmierć w ratach, że to bilet w jedną stronę. Raz, drugi, trzeci… A później już zawsze. Kobieto, przecież widziałaś, jak się starałem, aby to porzucić. Jednak to była codzienna walka, zmaganie się z samym sobą, z przeciwnościami, omijanie ćpuńskich melin, uciekanie od każdego, kto związał mnie z tamtym życiem. Początkowo przepełniała mnie determinacja, które z czasem zaczęły słabnąć i zanim zdążyłem sobie uświadomić, co robię… Było już za późno. Igła tkwiła w mojej żyle, zaś ja oddychałem z ulgą. Czas nie zamarza. To ja zastygam w niebycie, nie będąc pewnym, czy to czym sięgam dna, to jeszcze poranione kolana, czy już kości…
Budzę się i widzę, jak wstajesz, kołysząc się niczym najwątlejsza z trzcin, rozpaczliwie usiłując nie znaleźć się poza własnym ciałem. Wychodzisz z pokoju, zaś ja wyobrażam sobie jak przemywasz twarz chłodną wodą, omijać wzrokiem lustro, aby nie dostrzec zmęczonego odbicia, które obdarzy Cię melancholijnym spojrzeniem przekrwionych, podkrążonych oczu, zmęczonych brakiem snu i wielogodzinnym płaczem. Od tego niedotykania skostniały Ci palce, którymi wciąż nieudolnie próbowałaś pochwycić nasze życie. Wracasz do pokoju i patrzysz na człowieka, stającego się jedynie nikłym światłem bezsennych poranków. Nienawidzisz go. Jest idiotą. Jest mną.To właśnie ten moment, kiedy czekam, aż ktoś w końcu weźmie za mnie odpowiedzialność, ponieważ ja nie czuję się już odpowiedzialny za nic. Mrok bezpowrotnie pochłonął wszelkie gwiazdy, mogące wskazać mi drogę do domu, czyniąc nieprzyjazne niebo nieprzenikalną kurtyną smutku, zza której wolałem do Ciebie. Jednak Ty nie przychodziłaś. Szeptałaś tylko, że to już. Jak miałem to rozumieć? Próbuję włożyć coś więcej w tę lukę pomiędzy przeżartym nienawiścią mózgiem, a podziurawionym mięśniem, który ugiął się pod naporem życia. Nie chcę Ci już niczego tłumaczyć. Przecież Ty postawiłaś tu kropkę. Jesteś artystką. Pisarką. Masz do tego prawo. Nie dostawiaj kolejnych dwóch kropek, idioto.Jednak to Twoje delikatna skóra, zaś pod nią- niczym w zgubnym labiryncie- przecinają się żyły pełne chłodnej krwi. Wraz z krwią krąży w Tobie najdziwniejsza z tęsknot. Tęsknota do ognia. Chcesz znów poparzyć dłonie, wzniecać i zlizywać płomienie. Zatracać pośród iskier wszelki umiar i zdrowy rozsądek. Chciałaś uciekać wraz ze mną drogą donikąd, gdzie nikt nie będzie pytał kim jesteśmy, skąd przybyliśmy i ile sypiemy cukru do porannej herbaty. Gdzie nasze imiona już na zawsze będą wolne od zarzutów Wiesz, że też bym tego chciał, jednak przysięgam… Przysięgam, że nie mogę, nie potrafię zapomnieć i odciąć się od wszystkiego. Nawet dla Ciebie, moja kochana, nawet dla Ciebie.Trzydzieści dwie wiosny i tysiące dni spędzone na poszukiwaniu czegoś, co w moim własnym mniemaniu porzuciłem zbyt wcześnie, a bez czego teraz nie potrafię funkcjonować. Mogę spać na ulicy nocą z powiekami skulonymi z zimna. Rozciągniętymi po najciemniejszych zakątkach wiecznie zamglonych źrenic.Mówisz już czas.Już czas. Już czas. Już czas. chyba się skurwię na tej ścieżce w głąb samego siebiegdzie tylko poszarpana przeszłośćprzekracza granice intymnościgwałcąc mnie brutalnieupodlonynie zapuszczam myśli już w nikim z krawędzi upadku wyrzyguję słowapytam kobiety o ogieńmoże zaiskrzy…  Późną nocą, kiedy już śpisz, delikatnie błądzę rękoma po Twoim ciele, oddając Ci moje ciepło. Ogień, którego tak pożądasz. W zupełnie innej postaci. Nie dla siebie. Dla Ciebie. Teraz także patrzę na ten obraz. Nic się nie zmieniło. Może tylko to, że uświadomiłem sobie, jak bardzo mogę kiedyś żałować tego dnia. Jeden dzień mniej, żeby udowodnić Ci, ile dla mnie znaczysz. Pomimo moich wielu ułomności i nieudolności. Nie pozbierałbym się bez Ciebie…

środa, 26 listopada 2014

nie odchodzi się bez pożegnania

nikt nie usłyszał trzaśnięcia drzwami
żadnych awantur
i żadnych rozpaczy
właściwie nie wydarzyło się nic
panował spokój

nikt nie pakował w pośpiechu
okruchów dawnego człowieka
i nikt nie płakał
nikogo nie to zdziwiło
ponieważ nie było na co czekać
i czego ratować

widzisz,
nie odchodzi się bez pożegnania,
bo któż dostrzeże Twoją nieobecność?

kiedy wieje chłodny wiatr i chłodne są dłonie człowieka
niech padnie przynajmniej jedno słowo
które pozwoli zachować czas

wtorek, 25 listopada 2014

Gdzie byłaś, gdy kolejny dzień umierał na moich oczach?

Przecież od początku wiedziałaś, czym jestem. Zaufałem Ci i podciągnąłem rękaw, abyś mogła zobaczyć wszystkie moje blizny. Nie miałem złych intencji, chociaż powinienem domyślać się sposobu, w jaki wszystko runie. Sęk w tym, że gówno czuję. No dalej, powiedzmy sobie szczerze, wcale Cię nie obchodzę. Ani ja, ani te pieprzone blizny, z których powoli ulatuje moje marne życie. Mógłbym zdechnąć w każdym momencie i nikt by się tym przejął. Bo i po co? Jednego cynicznego chuja mniej. 
Ej, masz może ognia? Hm, no tak, znów zapomniałem. Przecież masz mnie w dupie. Ale z drugiej strony Prometeusz był tylko herosem, a i tak Wam go podpierdolił. Uważasz się za kogoś lepszego ode mnie. Ponieważ moje słowa znajdowały pokrycie w czynach, Ty zaś, moja ulubiona przyjaciółko, mnóstwo mówiłaś, lecz kiedy spadałem na dno, nagle znikałaś, pozwalającym, abym roztrzaskał się o bezlitosną rzeczywistość. Nie Ty pierwsza usiłujesz udowodnić mi, jakim jestem plugawym gównem, które nie zasługuje nawet na odrobinę ciepła. 
Znalazłem w końcu zapalniczkę. Trzymam w ręku papierosa, na końcu którego tli się niewielkie światełko. To zapewne o nim mówili wszyscy Ci, którzy rzekomo byli po drugiej stronie. Zwyczajnie mieli ochotę na fajkę. Kiedy ja leżałem nieprzytomny nie widziałem iskry, oznaczającej nadzieję, zaś prześladował mnie koszmar. Przekleństwo, które powoli się wypełnia, pozbawiając siły. A Ty jeszcze postawiłaś mi nogę. Przymykam oczy, niczego nie pragnę tak bardzo, jak pozbyć się z myśli scenariuszy mojej porażki wraz z dymem. 
Mówię Wam, zajebiste uczucie!
Kiedyś byłem inny, bardziej rozchwiany emocjonalnie, nieustabilizowany, zbuntowany, nie byłem w stanie niczego zaakceptować i za nic wziąć odpowiedzialności. Jak widać można przybrać wiele postaci w jednym życiu. Nie wszystko zależy od nas samych, odpowiedzialnością dzielimy się po równo z drugą osobą. A Ty, kochana, dobrze wiesz, że jakiś czas tamu już jebnęło. tylko czekałem, aż pierdolnie ostatecznie, i ot, doczekałem się. Jeśli jest Ci lepiej, ponieważ obarczyłaś mnie całą winą, w porządku. Niech będzie i tak, ponieważ ja już nie mam nic wpływu. 
Może niektórych to szokuje, lecz ja naprawdę posiadam uczucia. Tylko życie nauczyło mnie, żeby nie okazywać ich zbyt wiele. Wierzyłem, że będąc chujem pociągnę dłużej.
Hm to chyba źle zabrzmiało.
Jeszcze raz.
Łudziłem się, że taki jestem, ponieważ było mi prościej zaakceptować brak tego, czego tak rozpaczliwie pragnąłem, będąc dzieckiem. Nie zasługiwałem na nic, byłem nazbyt niedoskonały. W zasadzie powodów było całe mnóstwo. Jak zwykle gubię sens, pomiędzy łykiem wina, czwartym papierosem, po kolejnej butelce wódki. 
Następnie zwątpiłem we wszystkich. Będąc w Norwegii spotkałem moich niegdyś bliskich przyjaciół, którzy teraz nawet nie pamiętali mojego imienia. Między palcami tli mi się papieros, zaś dym wypuszczam w nieskażone nocne powietrze. Czy w podobny sposób zatruwam Wam życie moja obecnością? Spotkałem najlepszego przyjaciela mojego brata, Svena, który umierał na raka i nie było nadziei. Poszedłem do miejsca,w którym posypało mi się życie. Zobaczyłem tam tylko ruinę. 
Taka sama ruina jest we mnie.
Czy są w moim życiu jeszcze ludzie, którzy zechcą postawić nowe fundamenty, zmieniając zgliszcza w kamienicę? 
Byłem ich dzieckiem numer siedem. 
Powinni to sobie zapisać. 
Ciężko walczyć z każdą przeciwnością losu, kiedy jest się skazanym na samotność. Nękanie, potępienie, złośliwe uśmieszki. Niektórzy są zwyczajnie bezwartościowi, gubią się w tym całym gównie, dusząc się jego obrzydliwym smrodem.
Czyżbyś chciała, abym cierpiał? Czyżbyś chciała obserwować moją nierówną walkę o każdy oddech? Czyżbyś chciała obserwować, jak do mojego umysłu wkrada się ta słodka pokusa, aby wypruć sobie żyłki? Tak, już nieraz miałem szaleńczą ochotę wylać z siebie całe to plugastwo, obojętność, albo nawet 0,7, które wypiłem. 
Dopalam papierosa i gaszę go o chłodną ścianę. 
Spójrz, tu powstanie kolejne przekleństwo, jakim chcesz się ze mną pożegnać. 
Biorę nóż o przykładam go do skóry. 
Nie stawiam oporu. 
Spójrz, jak idealnie balansuję na tej cienkiej granicy, pomiędzy gównianym życiem, a jeszcze bardziej gównianym potępieniem. 
Skrywam tajemnice, nawet przed sobą samym.
Uśmiecham się, czując ból. płynący z głębokiej rany. Zawijam rękaw, czując, jak powoli robi się wilgotny, pod wpływem mojej krwi. 
Wstrzykuję kolejną porcję heroiny i osuwam się nieprzytomny na podłogę. 
HUK.
Nie mogę zmienić tego, kim jestem. 
A tylko pielęgnować to, co stworzyłem. 
Z siebie. 


Dedykowane pewnej fioletowowłosej wiedźmie, którą niegdyś byłem gotów nazwać "przyjaciółką", dziękuję za czas, jaki na mnie zmarnowałaś, za rozmowy, te mniej i bardziej poważne, było miło, szkoda, że nietrwale. 
co dalej?

środa, 12 listopada 2014

chroń si(ebie)ę

nie mam wolnej ręki, 
którą mógłbym podnieść leżących, 
ponieważ sam zbyt mocno
trzymam siebie
przy życiu


papieros tli się, 
włożony między wargi.
to ta chwila, aby spalić moralność,
aby nie dać poluzować się więzom, 
między atomami 


(chemia między nami, istnieje? istniejesz? istniejemy?)


dym- wszyscy się nim zaciągamy,
narkotyczny chrzest,
aby zatrzymać strumień myśli, 
zanim zamieni się w wodospad

(i porwie mnie, z Tobą? do Ciebie? nas?)


tnę siebie do krwi,
spod ciemnej osłony swoich rzęs, 
obserwujesz upadek mojej lepszej strony człowieczeństwa,
Ambiwalencjo, ja znów ślepnę. 

Czy zrozumiesz, że ja szukam 
tylko ciepła?
Choćby i uciekającego przez palce...

ponieważ oni już dawno zastygli, 
umarli pogubieni, 
samotnie, 
nie rozumiejąc życia. 

a ja nie chcę podzielić ich losu, 
dziewczyno spod ciemnej gwiazdy, 
dziewczyno, spod ulicznej latarni, 
dziewczyno, spod gromady czarnych kotów, 
czy zechcesz pomóc mi trzymać się z całych sił dzisiejszej nocy?

(nie patrzmy wstecz, nie otwierajmy oczu)

chodź...

czwartek, 30 października 2014

bez czucia

boję się rozpaść
zgubić w nieskończonym labiryncie pęknięć
by wypłynąć na powierzchnie
nieobecnością


nie chciałem dostrzegać naszego końca


na twoich wargach sypiały
namiętne kłamstwa
uczucie spędziło mi z powiek
racjonalność umysłu


pustkę przeklinam pokaleczonymi dłońmi
kiedy wraz z czułym dotykiem
znikają wspomnienia
(nas razem)

za murem miłości
zamordowaliśmy nadzieję
kalecząc ją ostrym nożem
kiedy szeptała o litość


próbowałaś podać mi rękę
pozbierać mnie z podłogi
aby miłość rozkwitła
w czarnym sercu
próbowałaś ułożyć mnie na nowo
kawałek po kawałku





poniedziałek, 20 października 2014

Kocham Cię, jak oszalały.

A najgorsze jest to, że gdy straciłem sens życia, to nic się nie zmieniło..


Ave, jestem błędem uwikłanym w rzeczywistość. Nie pasuję do obrazka, który jest tworzony przez Was, wspólnie oraz przez nich, również razem. Kobieto, przepraszam, że nie jestem takim, jakim mnie widziałaś. Cień samego siebie, zlepek złudnych nadziei, karmiony słowami garstką bezsensownych słów… Owszem, to ja. A Ty chciałaś dostrzegać we mnie coś ponadto.
Tak bardzo pragnę zniknąć. Próbuję uciekać z każdą myślą, która rzuca mną o ściany. Próbuję uciekać z każdym oddechem, który w pustych ścianach mojego umysłu brzmi, niczym tornado. Chcę utonąć w nicości. Już, zaraz, natychmiast! Nie mam nawet siły, aby płakać. Straciłem wszystko, co mogłem zyskać. Zupełnie tak, jakby wszystko, co dobre we mnie umarło, odeszło wraz z Tobą. Zastanawiam się… Czy można wlać w siebie całe morze obojętności i uwiesić zamiast serca tysiąctonowy kamień rozpaczy w klatce piersiowej? Czy można bez wahania władować sobie złoty strzał? Czy można pozbawić się serca? Tak, teraz już wiem, że można, ponieważ teraz wiem, że utraciłem coś mi najbliższego.
Ciebie…

Mam prośbę, zaśnij na mojej dłoni.
Spokojnie.
Niczym motyl.
Zupełnie, jak wtedy, pamiętasz,
Kiedy mogłem Cię chwycić w ramiona i
Dać się prowadzić z opaską na oczach,
Za rękę.
Nie mogę pozwolić odejść tym wspomnieniom.
O tobie, kochana…
O naszych nocach bez końca.
I bez słów.
Uśmiechałaś się wtedy tak słodko.
I nikt Ci nie dorówna.
Nigdy.
Uderzam głową w ścianę, chcąc wywalić wszystkie myśli. Marzenia rozpieprzone o chodnik w samym środku jesieni. Nóż, odciskający na skórze piętko ekstazy. Wycinam na bladej skórze pierwszą literkę.
…M…
Pójdziemy razem rozpierdolić se to życie?
Boli, jak nigdy. Muszę być bardzo ostrożny, aby nie przeciąć tej cienkiej nitki, na której powiesiłem własne, marne istnienie. Żeby samemu nie rzucić się z klifu w otchłań. Wystarczy jeden, silniejszy podmuch wiatru. Chwila, impuls, nieważne, cokolwiek. Nie mógłbym już wtedy dotykać opuszkami sinych palców wąwozu blizn, jakie przecinają całe moje ciało. Nie mógłbym przypominać sobie ich historii, pomieszanych z krwią i cierpieniem, leżąc na zimnej, nieprzyjaznej podłodze. Kurwa, jakie teraz to ma znaczenie? Kochana, ja zwyczajnie chcę, byś wiedziała, że odchodzę wraz z Tobą, dokądkolwiek pójdziesz. Ja… Ja naszkicuję moją sylwetkę obok. Przysięgam! Czy mogłaś zobaczysz rany na moim sercu? Nie? Dobrze, wydrapię Ci je na mojej skórze. Powoli, dokładnie, wkładając w to każdą cząstkę zgniłego bytu. Którejś nocy chwycę Cię za dłoń i poprowadzę ścieżkami tych blizn, szepcząc do Ciebie o rozpaczy, mieszającej się z ekstazą, gęstej, czarnej krwi i heroinie, która była moją ucieczką. Co potem? Nie wie... Wiem! Wiem! Wiem! Przytulę Cię mocna do siebie, tak, że żadna siła  nie wyrwie nas z uścisku. Nie chciałaś tego? Estero, zbyt mocno baliśmy się życia. Paraliżował nas strach, że ktoś nas poróżni, skrzywdzi, rozdzieli… Którejś nocy przyrzekałem Ci, że znajdziemy lepsze miejsce. Że nauczymy się tej prostej radości z każdego dnia, z każdej, nawet najdrobniejszej rzeczy, z każdego szczegółu. Każdą dobrą chwilę, obiecałem, nazywać Twoim imieniem.
…M…
Gubię się w tym pokoju. Pośród tych ulic, pośród tych ludzi, pośród pustki, jaka pochłania moje wnętrze.  Czuję się, jak niewielki, bezbronny chłopczyk, którego ciemna siła przywlokła do lasu, ułożyła na mchu, a on mógł tylko leżeć i słuchać, jak jego serce cichnie pośród melodii ptaków i szumu drzew. Zaciskał mocno oczy, aby nie patrzeć na porażkę niby nieprzezwyciężonej miłości, która konała, leżąc obok niego. Cicha, w podartej sukience, odsłaniającej jedną pierś, z rozerwanymi skrzydłami i na wpół otwartymi ustami, z których sączyła się krew. Umierała tak samo, jak się narodziła, w samotności. Rzucała się, zaplątana w drut kolczasty, wiła się, biczowana. Las nucił tej nietypowej parze słodką kołysankę umierania… Ten chłopiec, niewinny i przerażony… On tylko chciał nauczyć się latać!
Odwracam głowę od okna i zamykam oczy. Tak bardzo uwielbiałaś noce, chociaż Twoja twarz była jasna, radosna. Wbijam paznokcie w rękę. Walczyłaś o mnie, chociaż byłem nic nie wartym śmieciem, degeneratem, włóczęgą, szukającym miejsca w świecie. Moje miejsce jest przy Tobie. Nagle czuję, że spadam. Spadam niekontrolowanie, obijając się o ostre krawędzie naszych słów tamtej nocy. Chcę się chwycić świata. Świata, który niby przypadkiem  postawił Cię na mojej drodze, tylko po to, aby później nas rozdzielić, wygnać w przeciwne strony…
Skrywam twarz w dłoniach, nie mogąc uwolnić łez, uwięzionych w moich oczach, skrzą się przy błysku ulicznych latarni.
Przepraszam, tak bardzo mi przykro, że wiecznie byłem opętany przez moje obawy. Samotnie przemierzałem kręte ścieżki, tonące w najgłębszych ciemnościach. Ty jesteś mi jedyną iskierką. Jak mogę powstrzymać się od opętańczego wrzasku? Słowa nie chcą przejść mi przez gardło, ja… Nie mam odwagi stanąć przed Tobą nagi, nie potrafię spojrzeć w Twoje oczy, ponieważ patrzysz na mnie z taką wielką miłością i cierpliwością, na którą ja nigdy nie zasługiwałem. Chciałabym się rozpłakać, ponieważ nie wierzę, że ja już Ciebie nie mam… Czy to możliwe?
Zagryzam wargi aż do krwi i zaczynam dygotać.
Wiesz, czego się boję? Że umrę sam, pośród zimna i ciemności.. Że nie dane mi poczuć ciepła i bezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą miłość. Chciałabym wypełnić ten pokój swoim bólem. Wrócić do miejsca, w którym Cię poznałem. Pamiętasz? Byłaś niczym uśpiona róża, której płatki delikatnie rozchyliły się… Dla mnie… Dziękuję, że mi wtedy zaufałaś… Zmieniłaś posępny ogród mojego życia na kwitnącą kwiatami łąkę. Nadałaś mu sens. Powinienem pielęgnować to, za co jestem odpowiedzialny. Bo wiesz, jesteś moją najwspanialszą różą…
Kocham Cię.
To słowo, którego nigdy nie miałem odwagi Ci wyznać. Jesteś tym, na co czekałem całe pieprzone życie. Przepraszam, że tak postąpiłem. Pod Twoim niebem zabrakło dla mnie miejsca… Nie mam o to żalu, jedynie do siebie… Ćśśś, już nic nie mów… Słowa nic nie znaczą. To były najpiękniejsze dni. Wiem, że nie istnieje żaden raj. Nie ma dla mnie raju, w której może zabraknąć Ciebie…

Cię, Cię, Cię… Tylko i wyłącznie Ciebie, moja najdroższa…

A teraz leżę cicho na zimnej podłodze. 
Zbuntowany... Pokrzywdzony przed laty.
Zapomniany... Odrzucony w kąt, niczym zepsuta zabawka. 
Umarły w kręgu istnienia. 
Do końca wierzył w istnienie szczęśliwego zakończeń. 
Nie ma szczęśliwych zakończeń, ponieważ nic się nie kończy.
Kocham Cię, jak wariat. 

środa, 8 października 2014

Wzgardzony przez pakt

Nagle zostałem sam, obdarty z wszelakich złudnych nadziei. Bezkresny mrok zabierał resztki żaru mojej konającej duszy. Żyłem w ponurej różnorodności środków odurzających, pełen wątpliwości, czy wybory, jakich dokonałem były słuszne. Czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Przez cale życie towarzyszyło mi rozdarcie. Jak włóczęga znikąd, wiecznie bezdomny.
Dom… Nawe Szatan przyszedł na świat w piekle, wypluty z łona matki, jako zaraza, namaszczony krwią, jak i najsłodszym z przekleństw. Zamiast grzechotki wciśnięto mu do maleńkiej rączki ziarenko Zła, aby pogarda wobec słabości ludzkiej wzrastała razem ze wzrostem pnącza, zwanego człowieczeństwem.
-Ten chłopczyk miał być martwy- wyszeptała Śmierć, przechadzająca się nocą, wokół mojej kołyski.
Zostałem powołany do życia, aby czuć się pominiętym, nieistotnym, wzgardzonym. Potwór, skurwysyn, śmieć, degenerat. Miałem tak wiele imion, jednak nikt nie nazwał mnie człowiekiem. Nigdy…
Zazwyczaj Zło ogarnia swoje ofiary stopniowo, zabierając im cząstki tego, co ludzkie. Ze mnie wyrwano wszelkie atuty w jednym momencie, jak zrzucona z twarzy maska, mająca pokazać moją prawdziwą, ciemną stronę. Przemierzałem najobrzydliwsze i najbardziej odczłowieczone ścieżki, usłane ćpunami, wijącymi się po ziemi w agonalnych konwulsjach, płaczącymi o życie, które zaprzepaścili. Leżący we własnym pocie, wymiotach i gównie, bełkoczącymi do siebie, bądź do duchów przeszłości, które nawiedzały ich, nakręcając spiralę nienawiści, narkotyków i śmierci. Krzyczeli, oni tak kurewsko błagali o śmierć, aby nigdy więcej nie musieć wracać na opuszczone dworce, usiane strzykawkami, dziwkami i całym marginesem społeczeństwa, zebranym w jednym, niewielkim miejscu. Lecz śmierć najczęściej była nieosiągalna, muskała ich na wpół martwe twarze, ciała, usiane coraz nowymi nakłuciami, zbierała amputowane kończyny i wbijała w nie strzykawki pełne czyściutkiej heroiny. Wtedy na dobre rozstałem się z jakąkolwiek niewinnością, już nigdy więcej nie pocałowała moich pozszywanych blizn. Oddałem się w ręce Pogardy, która rozchyliła przede mną nogi, a ja padłem na kolana i zagłębiłem się językiem we wszystkie sekrety, jakie skrywała za gnijącymi płatami skóry…
Wraz z przyjściem na świat podarowano mi kostium, bladą skórę i kruche kości, które jęczały, prosząc mnie o zwolnienie tempa, lecz mój umysł nie był w stanie dostrzec bestialskich  czynności, dokonywanych na sobie samym, jakby cała destrukcja przechodziła niezauważana. Więziłem w sobie największe koszmary. Ukrywałem je skrzętnie przed całym światem, maskując własną tożsamość i okrucieństwo, jakim potrafiłem wybuchnąć bez wyraźnego powodu. Czy mogę oskarżać o to Zło, które przygarnęło mnie, niczym najczulsza matka przytula swoje marnotrawne dziecko? Krzywda i cierpienie zadawane sobie i wszystkim wokół były jedynymi narzędziami, jakie znałem. Ozdabiałem świat własnym cierpieniem. Tworzyłem w głowie rozmowy, do jakich nigdy nie doszło.
- Spierdalaj. Nigdy nie będę skamlał o litość, padając przed tobą na kolana, nie pocałuję twoich stóp, ani nie otrę łez. To ty masz ukorzyć się przede mną, błagając o miłosierdzie. Płacz, bracie, płacz, dotąd, aż Twoje krwawe łzy nie napełnią koryta rzeki. Zapamiętaj, piekło przywita cię kurewską pokutą za to, czego się dopuściłeś. Będziesz cierpieć za próbę skrzywdzenia jedynego brata, jakiego kiedykolwiek miałem. Nie obawiam się konsekwencji, ponieważ jesteś ścierwem, znacznie większym, niż ja. Żegnaj, braciszku.
Wracam do przeszłości, jest idealnie czarna. Za mną jest spalone życie, martwe i zimne, jak ja sam. Nie martw się, to tylko owoc niedoskonałego raju. Oddech, przerwany wąwozami blizn i świeżych ran, osuszających moje żyły z gęstej, czarnej krwi. Nocą przenikam do tamtych czasów, analizując każdą sekundę mojego dzieciństwa i jego koniec, kiedy zobaczyłem nieżyjącego już Svena, ze strzykawką wystającą z sinego przedramienia, a także jego szklane, nieprzytomne oczy, oraz wychudzoną, delikatną sylwetkę, snującą się po domu. Chciałem zbudować jego świat od początku, nie potrafiąc ocalić go przed nim samym, nie potrafiąc wyrwać go ze szponów destrukcji, nie potrafiąc zapobiec jego, jakże oczywistej, śmierci. Przepraszam bracie, naprawdę Cię kochałem i kocham do teraz, chociaż coraz trudniej mi z tym egzystować. Czy kiedyś będę potrafił spojrzeć za siebie bez żalu, wyrzutów sumienia i obaw? Jestem jednym z tych, co wybrali wieczną tułaczkę.
Kobieto, widzę Twoją bladą, mistyczną postać, wiem, jak bardzo boisz się umierania.
-Nie obawiaj się mnie, Kochanie, nie odbiorę Ci tego gówna, które nazywasz życiem.
Żadna z modlitw do mnie nie dociera, światło nie dotyka poznaczonych bliznami ramion, chłonę słodki zapach Twojej skóry, rozpaczliwie chcąc wierzyć, że istnieje dla nas nadzieja.
Liczę Twojej kroki.
Liczę Twoje uderzenia serca.
Liczę Twoje uśmiechy, kierowane w moja stronę.
Liczę minuty, w których jesteśmy ciasno splecieni.
Z martwym wzrokiem, wbitym beznamiętnie w wszechobecną ciemność i wieczystym milczeniem usiłuję zabić własne myśli, podsuwające mi obrazy naszej klęski. Szatan wyciąga po mnie gnijące ręce, pokryte ukłuciami od igieł, z jego żył płynie czysta heroina. Nożem przecina moją tętnice i leje do niej hektolitry narkotyku. Szarpię się, wyrywam, chcę żyć. Budzę się z krzykiem, czując Twoje ciepło, kiedy mnie przytulasz i głaszczesz po włosach, szepcząc, abym się nie bał, ponieważ Ty będziesz ze mną zawsze. Całuję Cię w czoło, powtarzając chaotycznie treść koszmaru, z desperackimi wyznaniami tego, jak bardzo Cię kocham i potrzebuję.

Kurwa, spójrz, próbowałem.
Chciałem znaleźć anioła gdzieś w środku.
Przyrzekałeś mi, że go spotkam.

Tymczasem ja odnoszę kolejną porażkę. 

wtorek, 7 października 2014

W oczekiwaniu.

Mam takiw blizny,
W których nie sposób już
Zmieścić życia
I nie szukam zwęglonych źrenic
W rozpieprzonych lustrach,
Po których bezustannie błądze
Przepraszam, że nadal jestem
Pokaleczoną dłonią,
Której nikt nie trzyma
Trudno mnie kochać,
Lecz nie znam kota,
Co nie spada na cztery łapy,
Ani nocy,
Co nie kończy się świtem
Jestem popieprzony na 69
Odmiennych sposobów

________

sobota, 4 października 2014

Przez gówno w stronę szczęścia

Narodziłem się ze spermy, krwi i nienawiści, niezłomnego mężczyzny, a także z popiołów marzeń, szczątek porzuconych gwiazd i znamion pięknej kobiety. Czy byłabyś w stanie pokochać człowieka-potwora? Czy zrozumiałabyś zaklęte piękno bezdusznej bestii? W moim wnętrzu krąży czarna, gęsta krew, śmierdząca zgnilizną. Zatruty nektar, którym nawadniam niezawinionych ludzi…
Nieraz dojrzewa we mnie chore pragnienie poszukiwania okruchów szczęścia przez misterne gobeliny pajęczyn, setki wspomnień, splamionych krwią i roztrzaskanych na kawałki obietnic.
Nie, tym razem nie powstanę. Nie otrzepię się z kurzu, chcę pozostać upadły. Po co aniołom skrzydła, jeśli nie ma własnego raju? Kiedy jedno wydarzenie, jeden obraz, jedno słowo… zatrzaskuje im na zawsze ogromne, żelazne wrota, a ich strąca się w bezdenną otchłań wspomnień, które rozrywają od środka… Tam, za owymi wrotami zostałaś zatrzaśnięta Ty. Przybyłaś nocą,  kiedy cały świat zdawał mi się walić na wieczność. Karmiłaś słowami, przepełnionymi nadzieją, abym uwierzył, że wciąż potrafię latać, abym znów odżył, abym nauczył się kochać…
Więc poczułem mocny powiew w moich czarnych, porozrywanych skrzydłach, pewien, iż świat jest w moich rękach…
I roztrzaskałem się…
Cicho, niczym łzy, które usiłowały ugasić pożar wzniecony w niewielkim drewnianym domku, gdzieś na północy.
Ostre kawałki szkła przecinają moją skórę, objęcia nocy są klatką, powietrze staje się ciężkie i gęste. Utrzymuję się na cienkiej kładce, między życiem, a śmiercią… Krew płynie poprzez wąwozy blizn.
Czy widziałaś kiedyś oczy zbyt zmęczone pożegnaniami, bez możliwości powrotu? Spójrz, wciąż są w Ciebie wpatrzone. W moich źrenicach tli się światło, przenikające z wnętrza gnijącej duszy. Wydrapuję paznokciami na ścianie najpodlejszą melodię, w którą podstępnie wkrada się żal za tym, co bezsprzecznie utracone. Daj mi rękę, przymknij powieki i dotnij mojego serca…
Smutek przybył, aby ciąć ostrą kosą kwitnące róże w naszym ogrodzie, bezlitośnie odbierając mi nikłą smugę światła… Nadzieja plecie mi wianek z ciemnych, poskręcanych cierni, podtrzymując tlący się oddech.
Rozpacz i szloch wzbiły się ponad śmiech i drwienie.
Żegnaj, nie ma już we mnie woli istnienie, kiedy gwiazdy, które uwielbiam, upadają.
Myślę, że dotarłem do granicy, gdzie skrajności zderzają się. Przywykłem, by nie tracić czujności, kiedyś przerażały mnie wibrujące, bezwładne krzyki, teraz paraliżuje mnie cisza. Proszę, napełnił tę pustą przestrzeń słowami!
Czy zboczyliśmy ze ścieżki, wprost w centrum huraganu? Wiem, popełniliśmy błąd!
Nasza niewinność jest ofiarą przesądnych lęków pogardzanych wyznawców oka w trójkącie.
Jest mi tak zimni i źle, wiesz? Dzisiejszej nocy nie ogarnie mnie senność w Twoich słodkich ramionach. Czuły szept nie ogarnie mojego pokaleczonego ciała. Pochowaliśmy marzenia w zaciśniętych pięściach, schowanych do kieszeni.
Gapimy się na rozpieprzone zegary. Wskazówki już nie cofną czasu.
Poranki zamieniają się w noce. Puste serca, puste budynki…
Przepraszam, że nie miałem możliwości na pożegnanie.
Dręczy mnie brak powodów, brak wyjaśnień dlaczego postanowiłeś to zrobić właśnie w tamten dzień.
Bracie, byłeś taki wrażliwy i blady.
Kobieto, chciałbym móc Cię poczuć, o tu, w sercu. Pocałunek, przypieczętowuje  przysięgę, kiedy świt nie przepędza jeszcze nocnych mrzonek.
Wycinam Twoje słodkie imię na skórze.
Pozornie beznamiętnym ciągiem słów okrywam Twoje nagie ciało.
Sam, wśród nieprzyjaznych tchnień bezkresnego wszechświata.
Z życiem, co zabrało mi rodzinę.
Czeka mnie następna noc, podczas której nie zasnę, uwikłany obecnością mroku i zła, które znalazło we mnie schronienie. Ciemna kurtyna odgradzająca od świata i ja, opadający z sił, nie mogąc jej zwalczyć. Skrajne i osobliwe odłamy mojej osobowości rysują nieskazitelną szybę Twojej wyobraźni. Drobne kropelki potu układają się w hymn tęsknoty, pociągając za struny, grające nocne rozkosze.
Na biurku stoi szklanka wody, podnoszę ją. Większość znanych mi osób przypomina szklankę. Ty jesteś oceanem.
Wciąż nie porzucasz nadziei, że moje skrzydła się wzrosną, ale ja przemieniłem się we wszystko, czym pogardzam i czego nienawidzę. Wybija północ, stoi naga nade mną, czule szepcząc zaklęcia. Udaję, że śpię. Moje serce niespokojnie tłucze się w piersi, czyżbym otworzył Ci wrota piekieł?
Przemierzam wąskie aleje, usiane krzyżami. Staję przed jednym z nich, jak zahipnotyzowany wpatrując się we własne nazwisko, pochylam głowę w pokorze , wyznając przewinienia w stronę czarnej, nieprzeniknionej ziemi. Niech Ci ziemia lekką będzie. Zasługujesz na to.
Wracam do pustego domu i chciałbym zasnąć. Nie mogę. Chyba nawet nie chcę. A już zwłaszcza nie z myślami, które pałętają się po moim przeklętym umyśle. Zatrutym i skrzywdzonym przez moje wizje. Proszę, nie mów…
…że zabierzesz cząstkę mnie,
…że zapomnimy,
…że odejdziesz.
Proszę, opiekuj się moim sercem, zostawiam je Tobie.
Nie pomyślałbym, że nie pozwolisz mi odejść. Nadal nie pozwalasz. Mówisz, że nie chcesz i nie wyobrażasz sobie, abym mógł Cię zostawić… Czyżbyś zamierzała zamknąć mnie w marzeniu?
Nienawiść także potrafi obejmować.
Wlewać się przez wszystkie otwory do umysłu,
Lecz nic nie jest tak silne, jak Ty.
Twój dotyk jest osobliwy-
Bardzo nierzeczywistym, delikatny, przepełniony czułością.
Przechowuję Cię…
Przechowuję Cię w ruinach mojego nienawistnego serca.
Tam, gdzie nie dociera najlżejsze nawet światło.
Wiem, że straciłaś coś, za czym bardzo tęsknisz. Ale Ty szłaś tam, gdzie na końcu była nadzieję. Ja zmierzałem w stronę nieuchronnego końca, póki nie złapałaś mnie za rękę. Pamiętasz to…? Nie możesz odejść i zostawić mnie właśnie teraz, kiedy najmocniej Cię potrzebuję. Czy jeden błędny osąd jest w stanie zamienić się w nieodwracalny błąd?
Pragnę Twojego uśmiechu.
Ciebie.
Nas.
Z powrotem, od początku.
Aż staniemy się nieskończonością.
Nie zabijaj-
Powiedział kiedyś wyimaginowany idol tłumów.

Jednak wiem, że Tobie przebaczy choćby i grzech najcięższy. 

Autobiograficzny kawałek

Widzisz, w mojej rodzinie każdy poświęcił się w mniejszym, lub większym stopniu muzyce, a każdy muzyk bierze, bierze z zasady, ponieważ bez brania jest zbyt mdły i mało ciekawy. Każdy, kto był bliżej związany z moją rodziną, również był muzykiem. Zaś jego dzieło, o ile w ogóle jakieś stworzył, również musiało być prawdziwe, przez co starczyło mu to ledwie na dalsze bycie muzykiem, bądź też wcale nie przynosiło zysku. Liczyli działki, nie utwory. Jednak muzycy z mojej rodziny, potrafili, w przeciwieństwie do reszty tworzyć prawdziwie dobrą muzykę, która ich wpierw zniszczyła, a następnie zabiła. Miałem siedem lat, kiedy moją matkę utopił muzyk. Nie wiem, dlaczego ją zabił, lecz jego zabił mój ojciec. Podarował mu pięćdziesiąt siedem pchnięć długim nożem w brzuch, choć to oczywiste, że pięć by wystarczyło. Miałem brata, Svena i był on ode mnie o siedem lat młodszy. Kiedy miał dwanaście lat, postanowił przekonać innych, a przede wszystkim siebie, że był ode mnie młodszy wyłącznie o cztery lata. W przeciwnym razie, mimo jego absurdalnie nadzwyczajnych umiejętności gry na basie, nie dostałby się do zespołu, a w konsekwencji nie zostałby muzykiem. Mój ojciec nie chciał iść do więzienia, więc przeczytał kilkanaście książek o schizofrenii oraz wytatuował sobie pentagram na przedramieniu, aby dzięki sile perswazji zniknąć na pięć lat w szpitalu psychiatrycznym. Przez ten czas pieczę nade mną i Svenem sprawował jego brat, który był nie tylko jego przyjacielem, ale, co nie jest żadnym zaskoczeniem, i muzykiem. Jego syn, Andrzej, nauczył Svena bycia psychopatą i jeszcze lepszym muzykiem, przez co Sven zatracił charakter i osobowość. Moja matka miała syna, starszego ode mnie o trzy lata, Antka. Pochodził z Polski i nie muszę chyba mówić, że także zajmował się muzyką. Do dzisiaj nie mam pojęcia dlaczego mój ojciec tak nim gardził. Kiedy już znalazł się na oddziale zamkniętym, Antek uciekł do Polski i słuch o nim zaginął, ponieważ zamieszkał u dziesięć lat od niego starszego syna jego ojca i jakiejś nieznanej mi kobiety. A więc ten mężczyzna utrzymywał Antka z bycia muzykiem i niezłego posługiwania się bronią. Gdy mój ojciec wyszedł z psychiatryka radykalnie się zmienił . Nadal grał w swoim zespole, jednak trzy lata później okazało się, że naprawdę był szaleńcem i musiał wrócić na oddział. Wtedy byłem wystarczająco dorosły, żeby zrozumieć, że tylko dzięki temu nie zmarł przez bycie muzykiem. Miałem osiemnaście lat i podróżowałem między Norwegią a Polską. Byłem wtedy, zresztą, tak samo jak i teraz, prawdziwym blackmetalowcem wciąż mało przekonanym i niepewnym swojego warsztatu na perkusji. Pomógł mi Antek, lecz praktycznie tego nie odczułem. Był ludzką bestią, o ile którykolwiek z nas był wtedy jeszcze człowiekiem. Spotkałem w Warszawie ludzi, którzy przekonali mnie, że umiem grać. Jednym z nich był mój duchowy przewodnik, Ra. Wyglądał, jak śmierć na chorągwi i miał ogolone pół głowy. Pomimo jego nadzwyczajnego talentu i dużej siły perswazji tak samo wobec ludzi, jak i wobec mrocznego kosiarza, wyniszczyło go to, że był muzykiem. Miał zaledwie dziewiętnaście lat i żyła wybuchła mu pod skórą. Miałem dwadzieścia lat i zostałem tatuatorem, czego w ogromnym stopniu nauczyłem się na sobie samym, próbując zakryć setki blizn po żyletkach, nożach i papierosach na moich ramionach, klatce piersiowej i przedramionach. Wiesz, blizny z czasem utraciły swoją estetykę. Przemalowałem włosy na czerń. Miałem dwadzieścia jeden lat i kończyłem praktykę w zawodzie w Norwegii. Antek został fotografem, a nawet poszedł na studia. Robił zdjęcia na okładki płyt niedomytym nazistom z odciętymi głowami kóz. Nieźle zarabiał. Były wakacje, sierpień. Pamiętam, że padał deszcz. Firma, w której Antek rzekomo pracował, przesłała mi jego zdjęcie. Leżał w kałuży krwi z rozwaloną głową, nadal trzymając w dłoni broń. Musiałem pojechać, aby zidentyfikować jego zwłoki. Podjąłem się tego jako jedyny. Dowiedziałem się później, że Antek, z racji bycia muzykiem, popadł w olbrzymie długi. Był październik, zaś ja traciłem Svena, jedynego brata, jakiego kiedykolwiek miałem. Sven o sinych palcach i szklanych oczach snuł się nieobecny, znikał na długie dni i miał rozpaczliwą, ostrą depresję. Pojechał w trasę koncertową. Po powrocie z niej nie umiał już ze mną rozmawiać. Chciałem zdecydowanie przerwać jego karierę muzyczną. 7 listopada obiecałem, że następnego dnia zabiorę go na północ, w jego ulubione miejsce. Rozmawiał, lecz wtedy to już chyba nie był Sven. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego mu uwierzyłem. 11 listopada pojechałem sam do miasta, aby dalej zalewać jego podświadomość wódką, którą miał, w moim zamyśle, cenić bardziej, niż muzykę. Kiedy wróciłem, Sven leżał w łóżku, a z jego zupełnie sinej ręki wystawała jeszcze strzykawka. Nie oddychał. Spaliłem ten stary dom na północy kilka dni później. Nie potrafiłem już żyć. Coś we mnie pękło. Bezpowrotnie. Kochałem go. Gdy dotarło to do ojca, postanowił, że jego celem w życiu będzie muzyka i rzeczywiście nie potrafił się bez niej obchodzić. Kilkanaście dni temu dowiedziałem się, że znaleziono jego zwłoki. Miał we krwi dawkę heroiny, większą od śmiertelnej. Zostałem sam.