proszę
nadejdź i uratuj mnie pokaleczonego
o łkające róże
w ogrodzie przeszłości
ponieważ już tylko nadzieja wyplata mi wianki z ich poskręcanych cierni,
przetrzymując w niewoli mój gasnący Tobą oddech
od życia, jak sama widzisz, dostałem tylko to przebranie,
maskę potłuczoną, ciało blade i kości kruche
co noc prześladują mnie głosy, skamlące o odkupienie demonów,
wciśniętych pomiędzy zatrzaśniętą w nas obojętność
nie odgradzam się od źrenic wykończonych bezsennością
w których bezwolnie majaczy zabłąkana w myślach przeszłość
a ja wolę milczeniem handlować za złoto i srebro
by bez długów pozostać
ze światem
usypiam już tylko samotną uliczką rozkradzioną z mdłych cieni,
co włóczą się z rozpaczą w sercu i w poszukiwaniu zemsty
zaś na krawędziach moich dłoni gasną wyrzucone sercem iskry
szeptem
w niedopowiedzianych słowach pomiędzy urywanymi oddechami
błagam o bliskość
naszych splecionych ze sobą lini papilarnych
w mroźną ponurą noc wypluty z łona matki
rzygam bezpłodnością słów
i skrywam się w cieniu zakrywając plugawą twarz zniszczoną maską
bo cóż zrobić kiedy wszystko co ludzkie pozostaje we mnie nieodkryte?