Nadaremnie poszukuję kogoś, kto ułoży świat
na dłoniach zła. Zbędnie marzę o życiu, płonącym od chłodnego dotyku, niosącego
kwitnące ziarno upadku.
Porzucony w zafascynowaniu ciemnością, pokornie czekający na
śmierć oszukańczego słońca. Moje żyły pompują strach, zasysając czystą
nienawiść oraz fajczący się w sercu gniew, ot, iskra niemocy i gwiazda bólu.
Wydestylowana paranoja, wylewająca się ze ścian, z każdego pęknięcia nakłaniająca
głuchymi szeptami w mojej obecności. Zacząłem cierpieć na afonię, wykrzywiając
wargi w grymasie niewypowiedzianej nigdy nienawiści. Zaniedbany pocałunek o
zmierzchu, oplatający moje uśpione palce wokół Twojego ciała. Patrzę na Ciebie
i wiem. Niewinność znowu oddycha. Powróciłem jako roześmiana maskarada
sprofanowanej duszy….
Zostałem pozbawiony złudzeń, jakie
przenikały mnie do samego wnętrza, niegdyś połyskującego czernią, teraz
przygaszoną przez czas. I szepcząc maluję w sobie rozpacz, hańbiąc resztki
moralności grzechem. Topię szał w strzykawce, kiedy niebo przybiera żałobne
szaty, odbywając swoją pokutę. Nieustające szepty w mojej głowie przyprawiają
mnie o furię, chciałbym obrócić je przeciwko Twojej marnej konstrukcji. Śmierć
zagląda mi do źrenic, wypalając w nich piękno destrukcji i krzywdy. Dlaczego
nikt nie jest tego świadomy?
Powity w cieniu przebrzmiałych idei, w
miejscu, gdzie potężny, zniszczony dąb, przysłonił cieniem niegdyś kwitnącą różę,
zastygłą w swej oszukańczej niewinności. Leżę, przypominając sobie wszystko,
czerpiąc niezmąconą przyjemność z każdej kropli bólu, wygrywając paznokciami
ponurą symfonię. Kojarzę martwe słońca, pochowane w upodlonej ciszy. Błyszczącą
kapłankę, malującą we mnie obrazy rozkoszy. Plany roztłuczone o chodnik w samym
środku jesieni. Okazywanie uczuć to zbrodnia. Szaleńcze wizje, rozkwitające w
bezsenności. Chwiejne kroki stawiane w martwej ciszy. Jesteś w stanie to usłyszeć?
Zostałem niewolnikiem nic nie wartych szans, spijającym ostatnim tchnieniem
gorycz istnienia. Jeśli chwycisz mnie za rękę, przysięgam, odpuszczę Twoje
winy. No, dalej, okaż skruchę!
Dziewczyno, nie zmienisz swojego umysłu, powinnaś zmienić świat. Mój
glos przesiąknięty najgorszą z odmian ignorancji. Agresja śpiąca w
najdrobniejszych szczelinach mojego imienia. Chłód wiejący pośród dwóch liter.
j a
Życie płynie bezustannie, ignorując mnie.
Wiat zaprzecza moim życzeniom. Widzę siebie, wijącego się po podłodze,
dręczonymi koszmarami, niezmiennymi od zawsze. Nic, to tylko konsekwencję,
jakie jestem zmuszony dźwigać, aby obrócić wszystko prawdę.
Krok bliżej ku krawędzi, aby uwierzyć w
absurd. Zostałem królem znikąd, pośród ponurej różnorodności pomyłek. Jestem rozdarty,
wyznaję Ci wyblakły zachwyt i wiem, że żadne ze słów nie zdoła zakłócić Twojego
bezgranicznego piękna. Czy zechcesz pożegnać wszystkie swoje wspomnienia? Nie
pytaj mnie o powody. Odliczam dni, kiedy wskazówka zegara tchnęła kolejne sekundy
do naszej historii. Krople rozpaczy spływają po bladej twarzy mistycznej dziewczyny.
Krzyczysz swoją dyszą w rytm kołyszącego się wahadła. Chcę zamknąć Cię we
wspomnieniu i więcej nie wypuścić. Nim zniekształconą zjawę z przeszłości,
snującą się ćmę, dryfującą w stronę nieprawdziwego blasku. Nie pozwolę Ci się
uśmiechnąć, ani zaśmiać, nie Tobie. No dalej, mała, wyrwij motyle skrzydła i
obserwuj, jak niewiele wysiłku potrzeba, aby kogoś zabić. Trzymam się sznurków
Twojego serca, kołyszesz mną łagodnie w złocistej, jesiennej bryzie.
Dreszcze rozpaczy przechadzają się po moim
ciele, kiedy widzę, jak płaczesz łzami wypartego życia. Wij się, kochanie, w
stronę przegranego anioła, który nauczy Cię żyć w zgodzie z Twoim Bogiem.
Pełznij aleją zaprzepaszczonych szans, idąc wzdłuż zakrwawionych wspomnień.
Ukrywając się w cieniu roztrzaskanych snów. Zwyczajnie chodź i ugryź jabłko,
abym mógł wić się w Twoim sercu, zrywając w szaleństwie płatki pożądania.
Usłyszymy kołysankę Szatana.
Chicho!
Dziewczyno, czy uwolnisz mnie od mojej
niezniszczalności?
To nie jest dar, a najgorsze z przekleństw.
Nie
zostawiaj mnie, bym wykrwawił prawdę o wszystkim!