piątek, 3 kwietnia 2015

Początek końca

Nadaremnie poszukuję kogoś, kto ułoży świat na dłoniach zła. Zbędnie marzę o życiu, płonącym od chłodnego dotyku, niosącego kwitnące ziarno upadku.
Porzucony w zafascynowaniu ciemnością, pokornie czekający na śmierć oszukańczego słońca. Moje żyły pompują strach, zasysając czystą nienawiść oraz fajczący się w sercu gniew, ot, iskra niemocy i gwiazda bólu. Wydestylowana paranoja, wylewająca się ze ścian, z każdego pęknięcia nakłaniająca głuchymi szeptami w mojej obecności. Zacząłem cierpieć na afonię, wykrzywiając wargi w grymasie niewypowiedzianej nigdy nienawiści. Zaniedbany pocałunek o zmierzchu, oplatający moje uśpione palce wokół Twojego ciała. Patrzę na Ciebie i wiem. Niewinność znowu oddycha. Powróciłem jako roześmiana maskarada sprofanowanej duszy….
Zostałem pozbawiony złudzeń, jakie przenikały mnie do samego wnętrza, niegdyś połyskującego czernią, teraz przygaszoną przez czas. I szepcząc maluję w sobie rozpacz, hańbiąc resztki moralności grzechem. Topię szał w strzykawce, kiedy niebo przybiera żałobne szaty, odbywając swoją pokutę. Nieustające szepty w mojej głowie przyprawiają mnie o furię, chciałbym obrócić je przeciwko Twojej marnej konstrukcji. Śmierć zagląda mi do źrenic, wypalając w nich piękno destrukcji i krzywdy. Dlaczego nikt nie jest tego świadomy?
Powity w cieniu przebrzmiałych idei, w miejscu, gdzie potężny, zniszczony dąb, przysłonił cieniem niegdyś kwitnącą różę, zastygłą w swej oszukańczej niewinności. Leżę, przypominając sobie wszystko, czerpiąc niezmąconą przyjemność z każdej kropli bólu, wygrywając paznokciami ponurą symfonię. Kojarzę martwe słońca, pochowane w upodlonej ciszy. Błyszczącą kapłankę, malującą we mnie obrazy rozkoszy. Plany roztłuczone o chodnik w samym środku jesieni. Okazywanie uczuć to zbrodnia. Szaleńcze wizje, rozkwitające w bezsenności. Chwiejne kroki stawiane w martwej ciszy. Jesteś w stanie to usłyszeć? Zostałem niewolnikiem nic nie wartych szans, spijającym ostatnim tchnieniem gorycz istnienia. Jeśli chwycisz mnie za rękę, przysięgam, odpuszczę Twoje winy. No, dalej, okaż skruchę!  Dziewczyno, nie zmienisz swojego umysłu, powinnaś zmienić świat. Mój glos przesiąknięty najgorszą z odmian ignorancji. Agresja śpiąca w najdrobniejszych szczelinach mojego imienia. Chłód wiejący pośród dwóch liter.
j a

Życie płynie bezustannie, ignorując mnie. Wiat zaprzecza moim życzeniom. Widzę siebie, wijącego się po podłodze, dręczonymi koszmarami, niezmiennymi od zawsze. Nic, to tylko konsekwencję, jakie jestem zmuszony dźwigać, aby obrócić wszystko  prawdę.

Krok bliżej ku krawędzi, aby uwierzyć w absurd. Zostałem królem znikąd, pośród ponurej różnorodności pomyłek. Jestem rozdarty, wyznaję Ci wyblakły zachwyt i wiem, że żadne ze słów nie zdoła zakłócić Twojego bezgranicznego piękna. Czy zechcesz pożegnać wszystkie swoje wspomnienia? Nie pytaj mnie o powody. Odliczam dni, kiedy wskazówka zegara tchnęła kolejne sekundy do naszej historii. Krople rozpaczy spływają po bladej twarzy mistycznej dziewczyny. Krzyczysz swoją dyszą w rytm kołyszącego się wahadła. Chcę zamknąć Cię we wspomnieniu i więcej nie wypuścić. Nim zniekształconą zjawę z przeszłości, snującą się ćmę, dryfującą w stronę nieprawdziwego blasku. Nie pozwolę Ci się uśmiechnąć, ani zaśmiać, nie Tobie. No dalej, mała, wyrwij motyle skrzydła i obserwuj, jak niewiele wysiłku potrzeba, aby kogoś zabić. Trzymam się sznurków Twojego serca, kołyszesz mną łagodnie w złocistej, jesiennej bryzie.

Dreszcze rozpaczy przechadzają się po moim ciele, kiedy widzę, jak płaczesz łzami wypartego życia. Wij się, kochanie, w stronę przegranego anioła, który nauczy Cię żyć w zgodzie z Twoim Bogiem. Pełznij aleją zaprzepaszczonych szans, idąc wzdłuż zakrwawionych wspomnień. Ukrywając się w cieniu roztrzaskanych snów. Zwyczajnie chodź i ugryź jabłko, abym mógł wić się w Twoim sercu, zrywając w szaleństwie płatki pożądania. Usłyszymy kołysankę Szatana.
Chicho!
Dziewczyno, czy uwolnisz mnie od mojej niezniszczalności?
To nie jest dar, a najgorsze z przekleństw.
Nie zostawiaj mnie, bym wykrwawił prawdę o wszystkim!

niedziela, 14 grudnia 2014

wybacz

wybacz mi
niezdecydowanie,
bo przecież byłem
i jestem
niezmiennie
ten sam


w ciemnościach wolę
spowiadać się z bezsenności
i mam wtedy sine palce
u drżących dłoni

niespotykany przedtem

wybacz mi,
bo ja nie umiem
wybaczyć sobie


e m o c j i

środa, 10 grudnia 2014

przedawkowałem ciemność

przecież wiesz, jak to jest,
pochłaniać ostatnie tchnienie nocy
przez zbyt rozszerzone źrenice

i w łajdackim układzie ze światem
wciąż być tylko zatrzaśniętym
w obcej dłoni

nie rozłączać się i nie łamać
z nikim na nierówne
połówki,
odgarniając wątłe sny
od listów, wypisanych z obietnic

cieniem się pokładać na skraju łóżka,
a nie być...


. . . c i e m n o ś c i ą

piątek, 5 grudnia 2014

zróbmy krok ku krawędzi, by uwierzyć w absurd naszych myśli

proszę
nadejdź i uratuj mnie pokaleczonego
o łkające róże
w ogrodzie przeszłości
ponieważ już tylko nadzieja wyplata mi wianki z ich poskręcanych cierni,
przetrzymując w niewoli mój gasnący Tobą oddech
od życia, jak sama widzisz, dostałem tylko to przebranie,
maskę potłuczoną, ciało blade i kości kruche
co noc prześladują mnie głosy, skamlące o odkupienie demonów,
wciśniętych pomiędzy zatrzaśniętą w nas obojętność
nie odgradzam się od źrenic wykończonych bezsennością
w których bezwolnie majaczy zabłąkana w myślach przeszłość
a ja wolę milczeniem handlować za złoto i srebro
by bez długów pozostać
ze światem
usypiam już tylko samotną uliczką rozkradzioną z mdłych cieni,
co włóczą się z rozpaczą w sercu i w poszukiwaniu zemsty
zaś na krawędziach moich dłoni gasną wyrzucone sercem iskry
szeptem
w niedopowiedzianych słowach pomiędzy urywanymi oddechami
błagam o bliskość
naszych splecionych ze sobą lini papilarnych
w mroźną ponurą noc wypluty z łona matki
rzygam bezpłodnością słów
i skrywam się w cieniu zakrywając plugawą twarz zniszczoną maską
bo cóż zrobić kiedy wszystko co ludzkie pozostaje we mnie nieodkryte?

środa, 3 grudnia 2014

raz dwa trzydzieści dwa

ja nie
umarłem-
nie rzuciłem
się z okna
nie powiesiłem
się
na wiekowym dębie


ja nie
strzeliłem sobie-
złotego strzału
w lewą rękę


próbowałem-
i ciągle próbuję
dźwignąć się
z tej
samotności
przeklętej


choć
tak trwam
w tym brudzie
w tej nędzy
w tym chaosie


oczy mi płoną-
narkomańską gorączką,
czy nadzieją
jutra?

lecz wiem,
że szczęście
zdradza szczęście.


i spalam życie
w przeklętej pustce
pustej strzykawki


pytam,
czy nie lepiej umrzeć
z ludźmi
w jednym bólu,


niż żyć
pośród ludzi
jako zbędny wyrzut sumienia?

gdybym wiedział

gdybym wiedział, że świat, który mi kredką rysujesz, rozmyje się przy pierwszym deszczu słonych kropel
to nie oprawiałbym go w ramki i nie wieszał na ścianie mojego życia

gdybym wiedział, że dzień, który wstaje powoli, nie jest już dniem naszym
to nie wstawałbym nigdy

gdybym wiedział, że moją miłością sprawiam Ci rozpacz, pośród rozkoszy
to nie kochałbym Cię ni minuty

gdybym wiedział cokolwiek więcej
to mógłbym się nazwać mędrcem pośród głupców

teraz już wiem i rozważam, czy głupiec tkwi we mnie, czy ja tkwię w głupcu
...

sobota, 29 listopada 2014

po wykrzyczanych słowach pozostaje miejsce wyłącznie na nienawistną ciszę

Chciałem sobie tej nocy pozwolić na nieco bardziej rozkoszny niebyt, pośród mdłych świateł, rzucanych przez latarnie miasta, które nigdy nie jest ospałe. Przecież nawet nie musiałbym rozmieniać banknotów na drobne. Narkotyki to jedyna próżność, za jaką ostatnimi czasy płacę. Odkąd nie pamiętam pociągów, z coraz większą niechęcią wsiadam do samochodu, a z już z obrzydzeniem przemieszczam się autobusem. Takie nieskończone snucie się pomiędzy przytulnym mieszkaniem, a obskurnym dworcem, gdzie los  czyni ze mnie czarną marność wszelkich dziur, które w ogóle nie kwapią się, aby jakkolwiek zwrócić pochłonięty nadmiar materii. Wchodzę do zrujnowanego kibla na opuszczonym dworcu i uderza we mnie odór walających się tu ćpunów. Jest tak intensywny, że nie mogę przestać kaszleć. Przymykam więc zmęczone powieki i zapuszczam się w ten narkotyczny  koszmar. Osuwam się pod oblepioną brudem ścianą i łapię pogardliwe spojrzenia innych ćpunów, których niegdyś być może znałem. To nieważne. Zniosę wszystko, byle tylko nie robić tego przy Tobie. Spojrzenia, jakie wtedy mi posyłasz są zbyt wyraziste, abym je zignorował. Patrzysz na mnie wtedy z takim smutkiem, wręcz rozpaczą, ponieważ wiesz, że to śmierć w ratach, że to bilet w jedną stronę. Raz, drugi, trzeci… A później już zawsze. Kobieto, przecież widziałaś, jak się starałem, aby to porzucić. Jednak to była codzienna walka, zmaganie się z samym sobą, z przeciwnościami, omijanie ćpuńskich melin, uciekanie od każdego, kto związał mnie z tamtym życiem. Początkowo przepełniała mnie determinacja, które z czasem zaczęły słabnąć i zanim zdążyłem sobie uświadomić, co robię… Było już za późno. Igła tkwiła w mojej żyle, zaś ja oddychałem z ulgą. Czas nie zamarza. To ja zastygam w niebycie, nie będąc pewnym, czy to czym sięgam dna, to jeszcze poranione kolana, czy już kości…
Budzę się i widzę, jak wstajesz, kołysząc się niczym najwątlejsza z trzcin, rozpaczliwie usiłując nie znaleźć się poza własnym ciałem. Wychodzisz z pokoju, zaś ja wyobrażam sobie jak przemywasz twarz chłodną wodą, omijać wzrokiem lustro, aby nie dostrzec zmęczonego odbicia, które obdarzy Cię melancholijnym spojrzeniem przekrwionych, podkrążonych oczu, zmęczonych brakiem snu i wielogodzinnym płaczem. Od tego niedotykania skostniały Ci palce, którymi wciąż nieudolnie próbowałaś pochwycić nasze życie. Wracasz do pokoju i patrzysz na człowieka, stającego się jedynie nikłym światłem bezsennych poranków. Nienawidzisz go. Jest idiotą. Jest mną.To właśnie ten moment, kiedy czekam, aż ktoś w końcu weźmie za mnie odpowiedzialność, ponieważ ja nie czuję się już odpowiedzialny za nic. Mrok bezpowrotnie pochłonął wszelkie gwiazdy, mogące wskazać mi drogę do domu, czyniąc nieprzyjazne niebo nieprzenikalną kurtyną smutku, zza której wolałem do Ciebie. Jednak Ty nie przychodziłaś. Szeptałaś tylko, że to już. Jak miałem to rozumieć? Próbuję włożyć coś więcej w tę lukę pomiędzy przeżartym nienawiścią mózgiem, a podziurawionym mięśniem, który ugiął się pod naporem życia. Nie chcę Ci już niczego tłumaczyć. Przecież Ty postawiłaś tu kropkę. Jesteś artystką. Pisarką. Masz do tego prawo. Nie dostawiaj kolejnych dwóch kropek, idioto.Jednak to Twoje delikatna skóra, zaś pod nią- niczym w zgubnym labiryncie- przecinają się żyły pełne chłodnej krwi. Wraz z krwią krąży w Tobie najdziwniejsza z tęsknot. Tęsknota do ognia. Chcesz znów poparzyć dłonie, wzniecać i zlizywać płomienie. Zatracać pośród iskier wszelki umiar i zdrowy rozsądek. Chciałaś uciekać wraz ze mną drogą donikąd, gdzie nikt nie będzie pytał kim jesteśmy, skąd przybyliśmy i ile sypiemy cukru do porannej herbaty. Gdzie nasze imiona już na zawsze będą wolne od zarzutów Wiesz, że też bym tego chciał, jednak przysięgam… Przysięgam, że nie mogę, nie potrafię zapomnieć i odciąć się od wszystkiego. Nawet dla Ciebie, moja kochana, nawet dla Ciebie.Trzydzieści dwie wiosny i tysiące dni spędzone na poszukiwaniu czegoś, co w moim własnym mniemaniu porzuciłem zbyt wcześnie, a bez czego teraz nie potrafię funkcjonować. Mogę spać na ulicy nocą z powiekami skulonymi z zimna. Rozciągniętymi po najciemniejszych zakątkach wiecznie zamglonych źrenic.Mówisz już czas.Już czas. Już czas. Już czas. chyba się skurwię na tej ścieżce w głąb samego siebiegdzie tylko poszarpana przeszłośćprzekracza granice intymnościgwałcąc mnie brutalnieupodlonynie zapuszczam myśli już w nikim z krawędzi upadku wyrzyguję słowapytam kobiety o ogieńmoże zaiskrzy…  Późną nocą, kiedy już śpisz, delikatnie błądzę rękoma po Twoim ciele, oddając Ci moje ciepło. Ogień, którego tak pożądasz. W zupełnie innej postaci. Nie dla siebie. Dla Ciebie. Teraz także patrzę na ten obraz. Nic się nie zmieniło. Może tylko to, że uświadomiłem sobie, jak bardzo mogę kiedyś żałować tego dnia. Jeden dzień mniej, żeby udowodnić Ci, ile dla mnie znaczysz. Pomimo moich wielu ułomności i nieudolności. Nie pozbierałbym się bez Ciebie…