sobota, 29 listopada 2014
po wykrzyczanych słowach pozostaje miejsce wyłącznie na nienawistną ciszę
Chciałem sobie tej nocy pozwolić na nieco bardziej
rozkoszny niebyt, pośród mdłych świateł, rzucanych przez latarnie miasta, które
nigdy nie jest ospałe. Przecież nawet nie musiałbym rozmieniać banknotów na
drobne. Narkotyki to jedyna próżność, za jaką ostatnimi czasy płacę. Odkąd nie
pamiętam pociągów, z coraz większą niechęcią wsiadam do samochodu, a z już z
obrzydzeniem przemieszczam się autobusem. Takie nieskończone snucie się pomiędzy
przytulnym mieszkaniem, a obskurnym dworcem, gdzie los czyni ze mnie czarną marność wszelkich dziur,
które w ogóle nie kwapią się, aby jakkolwiek zwrócić pochłonięty nadmiar
materii. Wchodzę do zrujnowanego kibla na opuszczonym dworcu i uderza we mnie odór
walających się tu ćpunów. Jest tak intensywny, że nie mogę przestać kaszleć.
Przymykam więc zmęczone powieki i zapuszczam się w ten narkotyczny koszmar. Osuwam się pod oblepioną brudem
ścianą i łapię pogardliwe spojrzenia innych ćpunów, których niegdyś być może znałem. To nieważne. Zniosę
wszystko, byle tylko nie robić tego przy Tobie. Spojrzenia, jakie wtedy mi posyłasz
są zbyt wyraziste, abym je zignorował. Patrzysz na mnie wtedy z takim smutkiem,
wręcz rozpaczą, ponieważ wiesz, że to śmierć w ratach, że to bilet w jedną
stronę. Raz, drugi, trzeci… A później już zawsze. Kobieto, przecież widziałaś,
jak się starałem, aby to porzucić. Jednak to była codzienna walka, zmaganie się
z samym sobą, z przeciwnościami, omijanie ćpuńskich melin, uciekanie od każdego,
kto związał mnie z tamtym życiem. Początkowo przepełniała mnie determinacja,
które z czasem zaczęły słabnąć i zanim zdążyłem sobie uświadomić, co robię…
Było już za późno. Igła tkwiła w mojej żyle, zaś ja oddychałem z ulgą. Czas nie
zamarza. To ja zastygam w niebycie, nie będąc pewnym, czy to czym sięgam dna,
to jeszcze poranione kolana, czy już kości…
Budzę się i widzę, jak
wstajesz, kołysząc się niczym najwątlejsza z trzcin, rozpaczliwie usiłując nie
znaleźć się poza własnym ciałem. Wychodzisz z pokoju, zaś ja wyobrażam sobie
jak przemywasz twarz chłodną wodą, omijać wzrokiem lustro, aby nie dostrzec
zmęczonego odbicia, które obdarzy Cię melancholijnym spojrzeniem przekrwionych,
podkrążonych oczu, zmęczonych brakiem snu i wielogodzinnym płaczem. Od tego
niedotykania skostniały Ci palce, którymi wciąż nieudolnie próbowałaś pochwycić
nasze życie. Wracasz do pokoju i patrzysz na człowieka, stającego się jedynie
nikłym światłem bezsennych poranków. Nienawidzisz go. Jest idiotą. Jest mną.To właśnie ten moment,
kiedy czekam, aż ktoś w końcu weźmie za mnie odpowiedzialność, ponieważ ja nie
czuję się już odpowiedzialny za nic. Mrok bezpowrotnie pochłonął wszelkie gwiazdy,
mogące wskazać mi drogę do domu, czyniąc nieprzyjazne niebo nieprzenikalną
kurtyną smutku, zza której wolałem do Ciebie. Jednak Ty nie przychodziłaś.
Szeptałaś tylko, że to już. Jak
miałem to rozumieć? Próbuję włożyć coś więcej w tę lukę pomiędzy przeżartym nienawiścią
mózgiem, a podziurawionym mięśniem, który ugiął się pod naporem życia. Nie chcę
Ci już niczego tłumaczyć. Przecież Ty postawiłaś tu kropkę. Jesteś artystką.
Pisarką. Masz do tego prawo. Nie dostawiaj kolejnych dwóch kropek, idioto.Jednak to Twoje delikatna skóra, zaś pod nią- niczym w
zgubnym labiryncie- przecinają się żyły pełne chłodnej krwi. Wraz z krwią krąży
w Tobie najdziwniejsza z tęsknot. Tęsknota do ognia. Chcesz znów poparzyć
dłonie, wzniecać i zlizywać płomienie. Zatracać pośród iskier wszelki umiar i
zdrowy rozsądek. Chciałaś uciekać wraz ze mną drogą donikąd, gdzie nikt nie
będzie pytał kim jesteśmy, skąd przybyliśmy i ile sypiemy cukru do porannej
herbaty. Gdzie nasze imiona już na zawsze będą wolne od zarzutów Wiesz, że też
bym tego chciał, jednak przysięgam… Przysięgam, że nie mogę, nie potrafię
zapomnieć i odciąć się od wszystkiego. Nawet dla Ciebie, moja kochana, nawet
dla Ciebie.Trzydzieści dwie wiosny i tysiące dni spędzone na
poszukiwaniu czegoś, co w moim własnym mniemaniu porzuciłem zbyt wcześnie, a
bez czego teraz nie potrafię funkcjonować. Mogę spać na ulicy nocą z powiekami
skulonymi z zimna. Rozciągniętymi po najciemniejszych zakątkach wiecznie
zamglonych źrenic.Mówisz już czas.Już czas. Już czas. Już czas. chyba się skurwię na tej ścieżce w głąb samego siebiegdzie tylko poszarpana przeszłośćprzekracza granice intymnościgwałcąc mnie brutalnieupodlonynie zapuszczam myśli już w nikim z krawędzi upadku wyrzyguję słowapytam kobiety o ogieńmoże zaiskrzy… Późną nocą, kiedy już śpisz, delikatnie błądzę rękoma po
Twoim ciele, oddając Ci moje ciepło. Ogień, którego tak pożądasz. W zupełnie
innej postaci. Nie dla siebie. Dla Ciebie. Teraz także patrzę na ten obraz. Nic
się nie zmieniło. Może tylko to, że uświadomiłem sobie, jak bardzo mogę kiedyś
żałować tego dnia. Jeden dzień mniej, żeby udowodnić Ci, ile dla mnie znaczysz.
Pomimo moich wielu ułomności i nieudolności. Nie pozbierałbym się bez Ciebie…