którą mógłbym podnieść leżących,
ponieważ sam zbyt mocno
trzymam siebie
przy życiu
papieros tli się,
włożony między wargi.
to ta chwila, aby spalić moralność,
aby nie dać poluzować się więzom,
między atomami
(chemia między nami, istnieje? istniejesz? istniejemy?)
dym- wszyscy się nim zaciągamy,
narkotyczny chrzest,
aby zatrzymać strumień myśli,
zanim zamieni się w wodospad
(i porwie mnie, z Tobą? do Ciebie? nas?)
tnę siebie do krwi,
spod ciemnej osłony swoich rzęs,
obserwujesz upadek mojej lepszej strony człowieczeństwa,
Ambiwalencjo, ja znów ślepnę.
Czy zrozumiesz, że ja szukam
tylko ciepła?
Choćby i uciekającego przez palce...
ponieważ oni już dawno zastygli,
umarli pogubieni,
samotnie,
nie rozumiejąc życia.
a ja nie chcę podzielić ich losu,
dziewczyno spod ciemnej gwiazdy,
dziewczyno, spod ulicznej latarni,
dziewczyno, spod gromady czarnych kotów,
czy zechcesz pomóc mi trzymać się z całych sił dzisiejszej nocy?
(nie patrzmy wstecz, nie otwierajmy oczu)
chodź...