Ej, masz może ognia? Hm, no tak, znów zapomniałem. Przecież masz mnie w dupie. Ale z drugiej strony Prometeusz był tylko herosem, a i tak Wam go podpierdolił. Uważasz się za kogoś lepszego ode mnie. Ponieważ moje słowa znajdowały pokrycie w czynach, Ty zaś, moja ulubiona przyjaciółko, mnóstwo mówiłaś, lecz kiedy spadałem na dno, nagle znikałaś, pozwalającym, abym roztrzaskał się o bezlitosną rzeczywistość. Nie Ty pierwsza usiłujesz udowodnić mi, jakim jestem plugawym gównem, które nie zasługuje nawet na odrobinę ciepła.
Znalazłem w końcu zapalniczkę. Trzymam w ręku papierosa, na końcu którego tli się niewielkie światełko. To zapewne o nim mówili wszyscy Ci, którzy rzekomo byli po drugiej stronie. Zwyczajnie mieli ochotę na fajkę. Kiedy ja leżałem nieprzytomny nie widziałem iskry, oznaczającej nadzieję, zaś prześladował mnie koszmar. Przekleństwo, które powoli się wypełnia, pozbawiając siły. A Ty jeszcze postawiłaś mi nogę. Przymykam oczy, niczego nie pragnę tak bardzo, jak pozbyć się z myśli scenariuszy mojej porażki wraz z dymem.
Mówię Wam, zajebiste uczucie!
Kiedyś byłem inny, bardziej rozchwiany emocjonalnie, nieustabilizowany, zbuntowany, nie byłem w stanie niczego zaakceptować i za nic wziąć odpowiedzialności. Jak widać można przybrać wiele postaci w jednym życiu. Nie wszystko zależy od nas samych, odpowiedzialnością dzielimy się po równo z drugą osobą. A Ty, kochana, dobrze wiesz, że jakiś czas tamu już jebnęło. tylko czekałem, aż pierdolnie ostatecznie, i ot, doczekałem się. Jeśli jest Ci lepiej, ponieważ obarczyłaś mnie całą winą, w porządku. Niech będzie i tak, ponieważ ja już nie mam nic wpływu.
Może niektórych to szokuje, lecz ja naprawdę posiadam uczucia. Tylko życie nauczyło mnie, żeby nie okazywać ich zbyt wiele. Wierzyłem, że będąc chujem pociągnę dłużej.
Hm to chyba źle zabrzmiało.
Jeszcze raz.
Łudziłem się, że taki jestem, ponieważ było mi prościej zaakceptować brak tego, czego tak rozpaczliwie pragnąłem, będąc dzieckiem. Nie zasługiwałem na nic, byłem nazbyt niedoskonały. W zasadzie powodów było całe mnóstwo. Jak zwykle gubię sens, pomiędzy łykiem wina, czwartym papierosem, po kolejnej butelce wódki.
Następnie zwątpiłem we wszystkich. Będąc w Norwegii spotkałem moich niegdyś bliskich przyjaciół, którzy teraz nawet nie pamiętali mojego imienia. Między palcami tli mi się papieros, zaś dym wypuszczam w nieskażone nocne powietrze. Czy w podobny sposób zatruwam Wam życie moja obecnością? Spotkałem najlepszego przyjaciela mojego brata, Svena, który umierał na raka i nie było nadziei. Poszedłem do miejsca,w którym posypało mi się życie. Zobaczyłem tam tylko ruinę.
Taka sama ruina jest we mnie.
Czy są w moim życiu jeszcze ludzie, którzy zechcą postawić nowe fundamenty, zmieniając zgliszcza w kamienicę?
Byłem ich dzieckiem numer siedem.
Powinni to sobie zapisać.
Ciężko walczyć z każdą przeciwnością losu, kiedy jest się skazanym na samotność. Nękanie, potępienie, złośliwe uśmieszki. Niektórzy są zwyczajnie bezwartościowi, gubią się w tym całym gównie, dusząc się jego obrzydliwym smrodem.
Czyżbyś chciała, abym cierpiał? Czyżbyś chciała obserwować moją nierówną walkę o każdy oddech? Czyżbyś chciała obserwować, jak do mojego umysłu wkrada się ta słodka pokusa, aby wypruć sobie żyłki? Tak, już nieraz miałem szaleńczą ochotę wylać z siebie całe to plugastwo, obojętność, albo nawet 0,7, które wypiłem.
Dopalam papierosa i gaszę go o chłodną ścianę.
Spójrz, tu powstanie kolejne przekleństwo, jakim chcesz się ze mną pożegnać.
Biorę nóż o przykładam go do skóry.
Nie stawiam oporu.
Spójrz, jak idealnie balansuję na tej cienkiej granicy, pomiędzy gównianym życiem, a jeszcze bardziej gównianym potępieniem.
Skrywam tajemnice, nawet przed sobą samym.
Uśmiecham się, czując ból. płynący z głębokiej rany. Zawijam rękaw, czując, jak powoli robi się wilgotny, pod wpływem mojej krwi.
Wstrzykuję kolejną porcję heroiny i osuwam się nieprzytomny na podłogę.
HUK.
Nie mogę zmienić tego, kim jestem.
A tylko pielęgnować to, co stworzyłem.
Z siebie.
Dedykowane pewnej fioletowowłosej wiedźmie, którą niegdyś byłem gotów nazwać "przyjaciółką", dziękuję za czas, jaki na mnie zmarnowałaś, za rozmowy, te mniej i bardziej poważne, było miło, szkoda, że nietrwale.
co dalej?
Może niektórych to szokuje, lecz ja naprawdę posiadam uczucia. Tylko życie nauczyło mnie, żeby nie okazywać ich zbyt wiele. Wierzyłem, że będąc chujem pociągnę dłużej.
Hm to chyba źle zabrzmiało.
Jeszcze raz.
Łudziłem się, że taki jestem, ponieważ było mi prościej zaakceptować brak tego, czego tak rozpaczliwie pragnąłem, będąc dzieckiem. Nie zasługiwałem na nic, byłem nazbyt niedoskonały. W zasadzie powodów było całe mnóstwo. Jak zwykle gubię sens, pomiędzy łykiem wina, czwartym papierosem, po kolejnej butelce wódki.
Następnie zwątpiłem we wszystkich. Będąc w Norwegii spotkałem moich niegdyś bliskich przyjaciół, którzy teraz nawet nie pamiętali mojego imienia. Między palcami tli mi się papieros, zaś dym wypuszczam w nieskażone nocne powietrze. Czy w podobny sposób zatruwam Wam życie moja obecnością? Spotkałem najlepszego przyjaciela mojego brata, Svena, który umierał na raka i nie było nadziei. Poszedłem do miejsca,w którym posypało mi się życie. Zobaczyłem tam tylko ruinę.
Taka sama ruina jest we mnie.
Czy są w moim życiu jeszcze ludzie, którzy zechcą postawić nowe fundamenty, zmieniając zgliszcza w kamienicę?
Byłem ich dzieckiem numer siedem.
Powinni to sobie zapisać.
Ciężko walczyć z każdą przeciwnością losu, kiedy jest się skazanym na samotność. Nękanie, potępienie, złośliwe uśmieszki. Niektórzy są zwyczajnie bezwartościowi, gubią się w tym całym gównie, dusząc się jego obrzydliwym smrodem.
Czyżbyś chciała, abym cierpiał? Czyżbyś chciała obserwować moją nierówną walkę o każdy oddech? Czyżbyś chciała obserwować, jak do mojego umysłu wkrada się ta słodka pokusa, aby wypruć sobie żyłki? Tak, już nieraz miałem szaleńczą ochotę wylać z siebie całe to plugastwo, obojętność, albo nawet 0,7, które wypiłem.
Dopalam papierosa i gaszę go o chłodną ścianę.
Spójrz, tu powstanie kolejne przekleństwo, jakim chcesz się ze mną pożegnać.
Biorę nóż o przykładam go do skóry.
Nie stawiam oporu.
Spójrz, jak idealnie balansuję na tej cienkiej granicy, pomiędzy gównianym życiem, a jeszcze bardziej gównianym potępieniem.
Skrywam tajemnice, nawet przed sobą samym.
Uśmiecham się, czując ból. płynący z głębokiej rany. Zawijam rękaw, czując, jak powoli robi się wilgotny, pod wpływem mojej krwi.
Wstrzykuję kolejną porcję heroiny i osuwam się nieprzytomny na podłogę.
HUK.
Nie mogę zmienić tego, kim jestem.
A tylko pielęgnować to, co stworzyłem.
Z siebie.
Dedykowane pewnej fioletowowłosej wiedźmie, którą niegdyś byłem gotów nazwać "przyjaciółką", dziękuję za czas, jaki na mnie zmarnowałaś, za rozmowy, te mniej i bardziej poważne, było miło, szkoda, że nietrwale.
co dalej?