wybacz mi
niezdecydowanie,
bo przecież byłem
i jestem
niezmiennie
ten sam
w ciemnościach wolę
spowiadać się z bezsenności
i mam wtedy sine palce
u drżących dłoni
niespotykany przedtem
wybacz mi,
bo ja nie umiem
wybaczyć sobie
e m o c j i
niedziela, 14 grudnia 2014
środa, 10 grudnia 2014
przedawkowałem ciemność
przecież wiesz, jak to jest,
pochłaniać ostatnie tchnienie nocy
przez zbyt rozszerzone źrenice
i w łajdackim układzie ze światem
wciąż być tylko zatrzaśniętym
w obcej dłoni
nie rozłączać się i nie łamać
z nikim na nierówne
połówki,
odgarniając wątłe sny
od listów, wypisanych z obietnic
cieniem się pokładać na skraju łóżka,
a nie być...
. . . c i e m n o ś c i ą
pochłaniać ostatnie tchnienie nocy
przez zbyt rozszerzone źrenice
i w łajdackim układzie ze światem
wciąż być tylko zatrzaśniętym
w obcej dłoni
nie rozłączać się i nie łamać
z nikim na nierówne
połówki,
odgarniając wątłe sny
od listów, wypisanych z obietnic
cieniem się pokładać na skraju łóżka,
a nie być...
. . . c i e m n o ś c i ą
piątek, 5 grudnia 2014
zróbmy krok ku krawędzi, by uwierzyć w absurd naszych myśli
proszę
nadejdź i uratuj mnie pokaleczonego
o łkające róże
w ogrodzie przeszłości
ponieważ już tylko nadzieja wyplata mi wianki z ich poskręcanych cierni,
przetrzymując w niewoli mój gasnący Tobą oddech
od życia, jak sama widzisz, dostałem tylko to przebranie,
maskę potłuczoną, ciało blade i kości kruche
co noc prześladują mnie głosy, skamlące o odkupienie demonów,
wciśniętych pomiędzy zatrzaśniętą w nas obojętność
nie odgradzam się od źrenic wykończonych bezsennością
w których bezwolnie majaczy zabłąkana w myślach przeszłość
a ja wolę milczeniem handlować za złoto i srebro
by bez długów pozostać
ze światem
usypiam już tylko samotną uliczką rozkradzioną z mdłych cieni,
co włóczą się z rozpaczą w sercu i w poszukiwaniu zemsty
zaś na krawędziach moich dłoni gasną wyrzucone sercem iskry
szeptem
w niedopowiedzianych słowach pomiędzy urywanymi oddechami
błagam o bliskość
naszych splecionych ze sobą lini papilarnych
w mroźną ponurą noc wypluty z łona matki
rzygam bezpłodnością słów
i skrywam się w cieniu zakrywając plugawą twarz zniszczoną maską
bo cóż zrobić kiedy wszystko co ludzkie pozostaje we mnie nieodkryte?
nadejdź i uratuj mnie pokaleczonego
o łkające róże
w ogrodzie przeszłości
ponieważ już tylko nadzieja wyplata mi wianki z ich poskręcanych cierni,
przetrzymując w niewoli mój gasnący Tobą oddech
od życia, jak sama widzisz, dostałem tylko to przebranie,
maskę potłuczoną, ciało blade i kości kruche
co noc prześladują mnie głosy, skamlące o odkupienie demonów,
wciśniętych pomiędzy zatrzaśniętą w nas obojętność
nie odgradzam się od źrenic wykończonych bezsennością
w których bezwolnie majaczy zabłąkana w myślach przeszłość
a ja wolę milczeniem handlować za złoto i srebro
by bez długów pozostać
ze światem
usypiam już tylko samotną uliczką rozkradzioną z mdłych cieni,
co włóczą się z rozpaczą w sercu i w poszukiwaniu zemsty
zaś na krawędziach moich dłoni gasną wyrzucone sercem iskry
szeptem
w niedopowiedzianych słowach pomiędzy urywanymi oddechami
błagam o bliskość
naszych splecionych ze sobą lini papilarnych
w mroźną ponurą noc wypluty z łona matki
rzygam bezpłodnością słów
i skrywam się w cieniu zakrywając plugawą twarz zniszczoną maską
bo cóż zrobić kiedy wszystko co ludzkie pozostaje we mnie nieodkryte?
środa, 3 grudnia 2014
raz dwa trzydzieści dwa
ja nie
umarłem-
nie rzuciłem
się z okna
nie powiesiłem
się
na wiekowym dębie
ja nie
strzeliłem sobie-
złotego strzału
w lewą rękę
próbowałem-
i ciągle próbuję
dźwignąć się
z tej
samotności
przeklętej
choć
tak trwam
w tym brudzie
w tej nędzy
w tym chaosie
oczy mi płoną-
narkomańską gorączką,
czy nadzieją
jutra?
lecz wiem,
że szczęście
zdradza szczęście.
i spalam życie
w przeklętej pustce
pustej strzykawki
pytam,
czy nie lepiej umrzeć
z ludźmi
w jednym bólu,
niż żyć
pośród ludzi
jako zbędny wyrzut sumienia?
umarłem-
nie rzuciłem
się z okna
nie powiesiłem
się
na wiekowym dębie
ja nie
strzeliłem sobie-
złotego strzału
w lewą rękę
próbowałem-
i ciągle próbuję
dźwignąć się
z tej
samotności
przeklętej
choć
tak trwam
w tym brudzie
w tej nędzy
w tym chaosie
oczy mi płoną-
narkomańską gorączką,
czy nadzieją
jutra?
lecz wiem,
że szczęście
zdradza szczęście.
i spalam życie
w przeklętej pustce
pustej strzykawki
pytam,
czy nie lepiej umrzeć
z ludźmi
w jednym bólu,
niż żyć
pośród ludzi
jako zbędny wyrzut sumienia?
gdybym wiedział
gdybym wiedział, że świat, który mi kredką rysujesz, rozmyje się przy pierwszym deszczu słonych kropel
to nie oprawiałbym go w ramki i nie wieszał na ścianie mojego życia
gdybym wiedział, że dzień, który wstaje powoli, nie jest już dniem naszym
to nie wstawałbym nigdy
gdybym wiedział, że moją miłością sprawiam Ci rozpacz, pośród rozkoszy
to nie kochałbym Cię ni minuty
gdybym wiedział cokolwiek więcej
to mógłbym się nazwać mędrcem pośród głupców
teraz już wiem i rozważam, czy głupiec tkwi we mnie, czy ja tkwię w głupcu
...
to nie oprawiałbym go w ramki i nie wieszał na ścianie mojego życia
gdybym wiedział, że dzień, który wstaje powoli, nie jest już dniem naszym
to nie wstawałbym nigdy
gdybym wiedział, że moją miłością sprawiam Ci rozpacz, pośród rozkoszy
to nie kochałbym Cię ni minuty
gdybym wiedział cokolwiek więcej
to mógłbym się nazwać mędrcem pośród głupców
teraz już wiem i rozważam, czy głupiec tkwi we mnie, czy ja tkwię w głupcu
...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)